Numer / Grudzień 2011

Jesteś tutaj: Strona głównaNumer Grudzień 2011

Tekst:      Magdalena Czarnecka
Zdjęcia:  Magdalena Czarnecka, Dariusz Małkowski

Tam, gdzie rosną sekwoje


Tagi: Ameryka Północna , Yosemite , Parki , Grudzień , 2011 , USA , Stany Zjednoczone , Magdalena Czarnecka , Audiobook , Dariusz Małkowski , ZA DARMO

John Muir twierdził, że „najprostsza droga do wszechświata prowadzi przez leśne ostępy”. W 1868 r. w San Francisco poprosił, by skierowano go „gdziekolwiek, gdzie jest dziko”. Trafił w Góry Śnieżne, w Sierra Nevada. 22 lata później, w dużej mierze dzięki staraniom tego obrońcy amerykańskiej przyrody, utworzono tam Park Narodowy Yosemite.

W najpiękniejszym parku Ameryki Północnej wszystko musi być NAJ. Najwyższe wodospady, najpotężniejsze granitowe ostańce, największe drzewa. Niestety, jest także wyjątkowo tłoczno. Rocznie przyjeżdża tu 3,5 miliona osób.

 

 

MAMUTY Z ZAGAJNIKA MOTYLI

 

Do parku wjeżdżamy od południa drogą nr 41. Najpierw Motyli Zagajnik, czyli Mariposa Grove. Południowe stoki Sierra Nevada to jedno z niewielu na świecie miejsce, gdzie zobaczyć można sekwoje, a Mariposa Grove jest ich największym skupiskiem. Liczy około 500 dorosłych drzew, z których wiele ma ponad 1,5 tysiąca lat. Jest co oglądać. Choć tutejsze sekwoje nie są ani najwyższe, ani też najstarsze na świecie, to jednak pod względem masy nie mają sobie równych. Krótki szlak prowadzi do Grizzly Giant, największego drzewa w tym parku. „Gigantyczny Grizzly” rośnie tu od 2700 lat, ma 63 metry wysokości, a u podstawy 9 metrów średnicy. W pobliżu znajduje się jednoizbowe muzeum, skarbnica wiedzy o mamutowcach. Stamtąd pół godziny jazdy dzieli nas od California Tunnel Tree. Zwie się tak, bo ludzie cierpiący na zanik wyobraźni wydrążyli w podstawie drzewa szeroki tunel. To nie jedyny taki przypadek. Niedaleko leży Wawona Tunnel Tree. Przez otwór wycięty niegdyś w podstawie jego pnia mógł nawet przejechać samochód. Osłabiona sekwoja nie wytrzymała jednak ciężaru śniegu i w 1969 r. runęła.

 

 
IGLASTE DRAPACZE CHMUR
Majestyczne, tysiącletnie sekwoje rosnące na stokach Sierra Nevada sprawiają, że budynek muzeum w Mariposa Grove wygląda jak domek dla lalek.
 
DOPIERO SIÓDMY
Wodospad Yosemite Falls jest najwyższy w Ameryce Północnej i siódmy na świecie.
 
ZNACZY KAPITAN
Wznosząca się pionowo skała o wysokości prawie tysiąca metrów, zwana El Capitan, jest najczęściej fotografowanym miejscem w parku. I trudno się dziwić.

 

DOLINA STRZELISTYCH MONOLITÓW

 

Mówi się, że najwspanialsze krajobrazy alpejskie były tylko bożą rozgrzewką przed stworzeniem Yosemite. Coś w tym jest. Z miejsca widokowego Tunnel View Point patrzymy na szmaragdowozieloną dolinę, przeciętą krętą wstęgą rzeki Merced. Na jej obu brzegach strzelają w niebo granitowe monolity. Ze skalnych urwisk z hukiem spadają potężne wodospady.
Zwiedzanie doliny trzeba jednak zostawić na później. Pora zatroszczyć się o miejsce do spania. Wprawdzie na terenie parku utworzono aż 13 campingów, co oznacza prawie 1500 miejsc noclegowych, ale to wciąż bardzo mało. Na jednych campingach można dokonać wcześniejszej rezerwacji, inne wyznają zasadę: kto pierwszy, ten lepszy. Cztery pola namiotowe są całoroczne. Pozostałe działają tylko latem, w praktyce dopiero od lipca. W sezonie zwykle wszystko zajęte jest już od południa. Wybieramy położony w zachodniej części parku Tamarack Flat. Mamy szczęście! Jest ostatnie wolne miejsce, wciąż do połowy przykryte śniegiem. Może wąska i kręta, bardzo dziurawa droga odstraszyła turystów.
Wstajemy bladym świtem. W letnie weekendy drogi w Dolinie Yosemite całkiem korkują się już od 9 rano.
Zatrzymujemy się przy wodospadzie Bridalveil. Tym, którzy go tak nazwali, spadająca z wysokości 190 m woda skojarzyła się z Welonem Panny Młodej. Dla Indian to „duch podmuchu wiatru”. Choć jest równy wysokości 62-piętrowego budynku, na tle innych okolicznych wodospadów wydaje się dość niski.
Po drugiej stronie drogi wznoszą się stromizny jednego z największych granitowych monolitów świata. Liczący od podstawy do wierzchołka ponad 1000 m wysokości, El Capitan to upragniony cel wspinaczy z całego globu. Podobnie jak pobliska Półkopuła, Half Dome. Gdy w 1868 roku napisano, że nie tknęła jej ludzka stopa, wielu potraktowało to jak wyzwanie. Dziś wspinaczka na Half Dome już raczej nim nie jest. Odkąd na szlaku pozakładano drabinki i inne ułatwienia asekuracyjne, co sezon na szczyt wybierają się tłumy. Od ubiegłego roku, przez wzgląd na bezpieczeństwo ludzi i ochronę przyrody, weekendowe wejścia na szczyt są limitowane. O specjalne pozwolenie trzeba starać się z wyprzedzeniem.

 

 
SODA SPRINGS
Wśród subalpejskich łąk nasycona dwutlenkiem węgla woda wybija w postaci źródeł.
 
AMERYKAŃSKA DROGA NA SZCZYT
Dawniej zdobycie charakterystycznego profilu Półkopuły (2693 m) było nie lada wyzwaniem. Dziś na szczyt wytyczonym szlakiem podążają tłumy.
 
YOSEMITE ZNACZY GRIZZLY
Zanim w Kalifornii wybuchła gorączka złota, Dolina Yosemite była spokojnym domem Indian Miwok i Pajutów, którzy polowali tu na niedźwiedzie grizzly.

 

KSIĘŻYCOWA TĘCZA

 

Przesiadamy się na wahadłowiec – to jeden z darmowych autobusów, dla których władze parku zarezerwowały jeden pas 19-kilometrowej dwupasmówki, biegnącej dnem doliny. Krótki szlak przy jednym z przystanków prowadzi ku podstawie wodospadu Yosemite: najwyższego w Ameryce Północnej i jednego z najwyższych na świecie. Woda spada tu trzema kaskadami z wysokości 739 m. Wodospad najokazalej prezentuje się na przełomie wiosny i lata, gdy obficie zasila go topniejący śnieg. Potem zmienia się w stosunkowo wątłą strugę. Podobno to jedno z nielicznych na świecie miejsc, gdzie podczas pełni można zaobserwować księżycową tęczę.
Łapiemy kolejny autobus i wysiadamy na przystanku końcowym, w pobliżu Mirror Lake. Jeziorko to nazwano Lustrzanym, bo w jego spokojnych wodach przeglądały się okoliczne granitowe olbrzymy, w tym najsławniejszy – Półkopuła. Niestety, obecnie Mirror Lake bardziej przypomina zarastające starorzecza i rzadko gdzie można dojrzeć ich niesamowite odbicia.
Po obiadokolacji w ośrodku turystycznym Curry Village wracamy do samochodu. Chcemy obejrzeć zachód słońca z lodowca, z punktu widokowego Glacier Point. Ogromny korek paraliżuje ruch na drodze, wyjazd z doliny zajmuje nam prawie dwie godziny.
Docieramy dokładnie na czas. Stoimy na samej krawędzi kilometrowego urwiska. Naprzeciwko nas widać charakterystyczny profil Half Dome i łańcuch Sierra Nevada. Nawet tutaj dociera łoskot wodospadów. Oczywiście, trudno tu o samotne delektowanie się naturą. Zdobycie miejsca z dobrym widokiem wymaga niemałego szczęścia. Dopiero gdy wdrapujemy się na niewielką skałę, widzimy dolinę w całej okazałości.
Jak zwykle, w amerykańskich parkach narodowych i tutaj strażnicy raczą zgromadzonych pogadankami. Zapatrzona w różowiejące niebo, słyszę jednego z nich, gdy przemawia ze swadą rasowego showmana.
Oto klasyczne pytanie – mówi. – Gdzie się podziała druga połowa Półkopuły?
Otóż, nigdy jej nie było! Lodowiec tak ukształtował skałę, że od początku wyglądała jak niedokończone dzieło. Zostajemy na Glacier Point tak długo, aż na niebie zaczynają pojawiać się gwiazdy. Nie my jedni. Kilkanaście osób już godzinę temu rozstawiło przenośne stoliki i krzesełka, zamontowało teleskopy, przygotowując się do obserwacji nieboskłonu. Nawet po zmroku trudno tu o samotność.

 

 
GDZIE DRUGA POŁOWA?
Glacier Point jest doskonałym punktem widokowym. Stąd najlepiej widać brak drugiej połowy Półkopuły.
 

SPOJRZENIE Z PRZEŁĘCZY

 

Kończymy z Doliną Yosemite. Przemierzamy samochodem sławną drogę Tioga. Ta 60-kilometrowa trasa przez większą część roku jest zamknięta – od pierwszych solidnych opadów śniegu, zazwyczaj w połowie jesieni, aż do maja, czasem nawet czerwca. Choć to jedyna droga pozwalająca przejechać pasmo Sierra Nevada z zachodu na wschód, w porównaniu z zatłoczoną doliną robi wrażenie pustej. Oglądamy pasące się przy drodze stadka mulaków przypominających nasze jelonki.
Trasa wznosi się coraz wyżej. Pierwszy przystanek robimy przy Olmsted Point, skąd wspaniale widać wygładzone ciężarem lodowca ogromne granity. Nazwa tego punktu widokowego upamiętnia słynnego architekta krajobrazu, któremu swój wygląd zawdzięcza też kilka zakątków parku Yosemite. Kolejny postój robimy nad jeziorem Tanaya. Kilkanaście kilometrów dalej docieramy do subalpejskich łąk Tuolume. Położone na wysokości 2600 m n.p.m., rozległe połacie traw, w wielu miejscach wciąż stoi woda – pozostałość po śniegu, który zimą przykrywał tu wszystko grubą warstwą. Gdzieniegdzie już kwitną kwiaty. Jeszcze tydzień, dwa, i będą tworzyć barwny dywan. Wielu turystów kieruje się na szczyt kopuły Lembert. Jednak nas interesuje bardziej szlak do tutejszych źródeł Soda Springs. Mocno nasycone dwutlenkiem węgla bulgocą w zabarwionych na czerwono jamach. Stąd już tylko kawałek dzieli nas od najwyżej położonej części trasy, położonej na wysokości 3031 m n.p.m. To przełęcz Tioga, stanowiąca jednocześnie „bramę wyjazdową” parku.
Ostatni raz zatrzymujemy samochód, by spojrzeć na skąpane w słońcu skały. Znów przypomina nam się John Muir. „Spokój natury przepływa przez Ciebie, jak światło słoneczne przez liście drzew. Wiatr obdarza świeżością, a burze swą energią, podczas gdy smutki opadają niczym jesienne liście.”



wstecz
Podziel się!


Adres redakcji:
ul. Jaśkowa Dolina 17
80-252 Gdańsk
e-mail: redakcja@poznaj-swiat.pl
tel. 535 444 990

PRENUMERATA:
tel. 58 350 84 64

Wydawca:
PROBIER
spółka z o.o.
Kowale Glazurowa 7
80-180 Gdańsk