Numer / Październik 2012

Jesteś tutaj: Strona głównaNumer Październik 2012

Tekst:      Michał Kochańczyk
Zdjęcia:  ze zbiorów Michała Kochańczyka

Mój przyjaciel swami


Tagi: ZA DARMO , Azja , Indie , Góry , 2012 , Październik , Himalaje

Słuchając podczas moich wędrówek po Indiach dziwnych opowieści i przyglądając się w świetle naftowych lamp twarzom pielgrzymów z całego subkontynentu, zrozumiałem, że tutaj nie ma rzeczy niemożliwych.

W Indiach prawie każde wzniesienie czy góra są święte. Szczególnie dotyczy to Himalajów. Nawet skały mogą tu mieć znaczenie religijne, zwłaszcza jeśli wznoszą się pionowo i mają kształty falliczne. W opisach zawartych w epopejach starohinduskich „Mahabharacie” i „Ramajanie” Himalaje leżą u podnóża góry Meru, stanowiącej środek świata. Wokół Meru, na szczytach sięgających samego nieba, mieszkają bogowie. Himalaje Garhwalu na północy Indii są czczone przez setki milionów wyznawców hinduizmu, wszak tu ma swe źródło święta rzeka Ganges. Stare księgi sakralne głoszą, że Ganges wypływa ze stopy boga Wisznu, opływa niebo pod postacią drogi mlecznej „Mandakini”, a potem spada ze splątanych włosów Sziwy.

 

 
Świątynia hinduistyczna w osadzie Gangotri nad rzeką Bhagiratti.
 
Baza wyprawy na polanie Tapovan (4200 m n.p.m.).
 
Ja i swami.

 

Opowieści dziwnej treści

 

Każdy gorliwy hinduista powinien powędrować w swoim życiu do trzech źródeł Gangesu: Gangotri, Badrinath i Kadernath. Dlatego latem hinduska armia i dziesiątki tysięcy pracowników żmudnie naprawiają zniszczone przez monsunowe deszcze mosty oraz zerwane drogi, aby masy pątników mogły dotrzeć do świętych miejsc. Pielgrzymują całe rodziny, miasta, prowincje. Jeśli nie liczyć aspektów militarnych, to praktycznie dzięki pielgrzymkom utrzymywana jest sprawna sieć kamienistych dróg w Himalajach Garhwalu, co ułatwia niewątpliwie organizację wypraw alpinistycznych. Jazda nad wielkimi przepaściami w rozklekotanych autobusach z pątnikami z całych Indii to duże przeżycie.
Wieczorami, na noclegach w salach dla pielgrzymów mogłem usłyszeć niesamowite opowieści o medytujących nad źródłami Gangesu kapłanach, zwanych świętymi (swami). Ponoć w Badrinath żyją swami w niezwykłej medytacji udoskonalający swoje ciało: potrafią na przykład siedzieć gołą pupą przez sześć tygodni na lodowcu. A w Kadernath swami koncentrują się na sprawach ludzkiego poczęcia: podobno potrafią doprowadzić człowieka do takiego stanu, że orgazm u mężczyzny trwa godzinę, a następnie tenże mężczyzna jest w stanie wciągnąć plemniki do środka…

 

 
Górujący nad nami szczyt Shivling (6543 m n.p.m.).
 
Swami przed swoją kolebą.
 
Na moją prośbę swami rozplata włosy.

 

Dom pod głazem

 

Latem 1981 roku prowadziłem w Himalajach Garhwalu wyprawę Akademickiego Klubu Alpinistycznego z Gdańska. W połowie sierpnia nasza wyprawa założyła bazę na wysokości 4200 m n.p.m., na wielkiej łące Tapovan nad lodowcem Gangotri – u stóp góry Meru. Tuż pod nami znajdowało się źródło Gangesu. W Gomoukh z wielkiej lodowej jaskini, od czoła lodowca Gangotri, wypływała rzeka Bhaghirathi dająca początek Gangesowi. Na morenie lodowca, w kamiennych kolebach mieszkało, w pewnym oddaleniu od siebie, kilku pustelników. Z jednym z nich udało nam się zaprzyjaźnić.
Nasz swami od kwietnia do października mieszkał w zagłębieniu pod wielkim głazem obudowanym kamieniami, gdzie urządził sobie przytulne schronienie. Medytował, czytał wiele książek, pogłębiając swoją wiedzę w mistycznym miejscu nad źródłem świętej rzeki. Zimą dzielił się swoimi przemyśleniami w szkołach dla kapłanów w Madrasie i Kalkucie.
Byliśmy tutaj jedną z pierwszych wypraw alpinistycznych i nie posiadaliśmy dokładnych map tego rejonu. W przeddzień wyruszenia na pierwsze rekonesansowe wyjście swami sam zaproponował nam swoją pomoc. Okazał się bezcennym przewodnikiem. Pokazywał najlepsze przejścia przez lodowce i znajdował odpowiednie skróty w wielkich kamiennych rumowiskach lodowcowych moren. Z racji mojej kierowniczej funkcji, jako „leader sahib”, przypadło mi dzielenie z nim namiotu. Zasypiał zawsze pierwszy, tuż po zachodzie słońca, i gdy chwilę potem wchodziłem do namiotu, czułem, jakbym wchodził do sklepu korzennego.

 

 

Nasz brat pustelnik

 

Ze starannością i szacunkiem podeszliśmy do jego wiary i przekonań. Gotowaliśmy dla niego wegetariańskie posiłki w nowych menażkach, w których nigdy nie było mięsa ani ryby. Swami ufał nam – byliśmy dla niego wiarygodnymi partnerami. Jednakowo z nami męczył się na uciążliwych podejściach, a na wysokości ponad pięciu tysięcy metrów, podobnie jak my, cierpiał na bóle głowy.
Później, w czasie trwania wyprawy, często odwiedzał naszą bazę. Okazało się, że nie był zbyt ortodoksyjny, na przykład chętnie palił amerykańskie papierosy. Jego wizyty przynosiły uspokojenie dynamicznego rytmu życia w bazie. Dzięki niemu znajdowaliśmy czas na niespieszne wypicie herbaty i dłuższą rozmowę. Swami mówił swobodnie po angielsku, lecz nigdy nie odpowiedział mi na pytanie, ile ma lat. Wydaje mi się, że je zrozumiał, ale chyba po prostu nie znał swojego wieku.
Odwiedzałem go często. Zastawałem siedzącego na zewnątrz przed wielkim kamieniem, czytającego święte księgi lub w środku koleby podczas medytacji przed obrazem boga Kryszny, oświetlonym japońską lampą neonową. Częstował mnie swoimi posiłkami. Żywność otrzymywał od docierających do niego hinduskich pielgrzymów, którzy traktowali go z wielką atencją.
Był bardzo życzliwy. Pożyczył nam prymus naftowy, szybkowar, a nawet pomógł w naprawie moich wielkich podwójnych skórzanych butów wspinaczkowych, w których puściła podeszwa. Chyba mnie polubił, bo specjalnie dla mnie kiedyś rozpuścił długie włosy spięte na kształt turbanu i pozwolił się do woli fotografować na tle gór, które otaczał estymą.

 

 
Tragarz przekracza górski potok w drodze do bazy.
 

Pamięć o swamim

 

Przez miesiąc przebywaliśmy w przepięknej górskiej scenerii nad lodowcem Gangotri. Jako pierwsi Polacy zdobyliśmy siedmiotysięcznik (Satopanth – 7075 m) i trzy szczyty sześciotysięczne (Bhagirati II 6512 m, Chandra Parbat – 6728 m oraz Srikailas – 6932 m). Z żalem rozstawaliśmy się z tym uroczym miejscem i naszym swami. Zostawiliśmy mu wszystkie zapasy. Podarowałem mu też swoje zdjęcie. Później przez wiele lat, co roku, przez himalaistów z całego świata otrzymywałem od niego pozdrowienia. Moje zdjęcie umieścił tuż obok ołtarzyka boga Kryszny.
Minęło od tego czasu trzydzieści lat. Każdego sezonu do doliny Gangotri docierały kolejne wyprawy alpinistyczne, wytyczając nowe wielkie sportowe drogi na lodowo-skalnych ścianach himalajskich olbrzymów. Skończył się ostatecznie etap eksploracji, a Gangotri stało się po części areną, gdzie najlepsi himalaiści świata prowadzą między sobą mimowolną rywalizację.
Również w dolinie wiele się zmieniło. W kamiennych kolebach mieszkają już inni święci pustelnicy i nikt nie wie, co się stało z naszym swami. Mam nadzieję, że żyje gdzieś godnie w tym wielkim tyglu, jakim są Indie. Mnie pozostał jego niezapomniany wizerunek – świętego człowieka, który w bezpośrednim spotkaniu zyskiwał normalny, ludzki wymiar. Kogoś niezwykłego, kto uważał mnie za swojego przyjaciela.



wstecz
Podziel się!


Adres redakcji:
ul. Jaśkowa Dolina 17
80-252 Gdańsk
e-mail: redakcja@poznaj-swiat.pl
tel. 535 444 990

PRENUMERATA:
tel. 58 350 84 64

Wydawca:
Probier Leasing
sp. z o.o. sp. k.
Kowale Glazurowa 7
80-180 Gdańsk