980x200

Numer / Maj 2017

Jesteś tutaj: Strona głównaNumer Maj 2017

Tekst:      Tomasz Owsiany
Zdjęcia:  Tomasz Owsiany, shutterstock

Ogród Atlantyku


Tagi:

Wiele atrakcji i przyrodniczych skarbów skoncentrowało się w tej maleńkiej kropce. Madera z każdym piętrem pokazuje inne oblicze i zachwyca od pokoleń. Winston Churchill rozstawiał tu swoje sztalugi, cesarzowa Sisi leczyła chandrę, a marszałek Piłsudski gromadził wspomnienia, które przywoływał do końca życia.

 

 
ZABUDOWA PIĘTROWA
Funchal widziany z morza przypomina zwartą narzutę. Na wybrzeżu wybija się charakterystyczna żółta bryła fortecy São Tiago, mieszczącej dziś Muzeum Sztuki Współczesnej.
 
 
 
PALENIE GUMY
Mimo sporej komercji zjazd w wiklinowych koszach po stromych uliczkach dzielnicy Monte zostaje na długo w pamięci. Carreiros sterujący saniami hamują za pomocą stóp. W dwa – trzy tygodnie ścierają specjalną zelówkę zrobioną z opon samochodowych.

 

Wczesnym rankiem w ogrodach starej posiadłości Quin­ta do Monte przerobionej na wygodny hotel świergocze ptasi żywioł. Na razie jest spokojnie i pustawo. W dole rozciąga się szeroka panorama Funchalu, „fenkułowego miasta”, stolicy maderskiej autonomii. Za nim – już tylko ocean, po którym wzrok może biec dziesiątki kilometrów, po horyzont, w stronę Wysp Kanaryjskich. To dla tych widoków rankiem zaroi się na schodach sąsiedniego kościoła Nossa Senhora do Monte. Turyści wjadą na wzgórze gondolami, które zastąpiły starą kolejkę szynową. Niektórzy ambitnie wejdą pieszo. Pojawią się też pasażerowie wycieczkowca cumującego w miejskim porcie. Część odwiedzi grób Henryka I Habsburga, który dokonał tu żywota. Większość jednak przyjedzie wypróbować bodaj najbardziej oryginalny wynalazek Maderczyków: carrinhos de cesto.
 

ZJAZD PO SADLE


Carrinhos de cesto to dosłownie „wózki koszykowe”. Wiklinowe kosze z płozami, które od stu siedemdziesięciu lat zwożą ludzi w dół miasta, dostarczając przy tym sporych emocji. Sterem i siłą napędową sań są mężczyźni nazywani carreiros. W białych uniformach i plecionych kapeluszach z napisem „Madeira” krzątają się przy stacji początkowej. Reszta siedzi na zmianę w barze, który traktują niemal jak pokój socjalny. Gawędzą i grzebią w telefonach. Jednak chętnych na przejażdżkę nie brakuje, więc co chwila kolejna para carreiros spycha sanie do wylotu Camino do Monte.
I jazda! Najpierw wzdłuż zaparkowanych aut, potem zakręt pod kątem prostym i w dół – prawie dwa kilometry. Ślizg jest zaskakująco gładki. Sanie wydają lekki szum. Czasem podskoczą lekko i głucho klepną w jezdnię. Płozy z eukaliptusowego drewna smaruje się obficie krowim sadłem. Asfalt nasycił się nim już tak bardzo, że błyszczy jak powierzchnia zjeżdżalni. To przez nie samochód wpadł w lekki poślizg, gdy piął się po zmroku niemożliwie ciasnymi i stromymi uliczkami Monte. Za dnia skrzyżowania są obstawione, ale ulica pozostaje otwarta dla samochodów. Wypadki zdarzają się rzadko.
Dwójka carreiros steruje intuicyjnie; synchronizują się bez słów. Czasem wystawiają stopę „na Chaplina” i zjeżdżają lekkim ukosem. Stają na końcówkach płoz, ale na znacznym odcinku napędzają sanie siłą własnych nóg. Nie trenują specjalnie. Mówią, że to dla nich normalna sprawa. Kursują w twardych, skórzanych butach podbitych grubymi podeszwami ze starych opon. Wymieniają je co dwa – trzy tygodnie. Zjazd w koszu jest wyjątkowym doświadczeniem. Ernest Hemingway też był zachwycony!

 

 
WIĘC CHODŹ, POMALUJ
MÓJ ŚWIAT

Osiemnastowieczny ratusz przy Praça do Município. Kolonialna architektura przepełnia starówkę Funchalu.
Po prawej: malowane drzwi w Funchalu i sąsiednim Machico stały się jedną z wizytówek Madery. Ten projekt artystyczny z 2010 r. miał ożywić posępniejące centrum.
 
 
 
JAK PO NITCE
Setki kilometrów szlaków wzdłuż kanałów nawadniających zwanych lewadami to jeden z najlepszych sposobów odkrywania bogactwa maderskiej przyrody.


 

SKRZYŻOWANIE ART DÉCO


Na obrzeżach starówki pełnej kolonialnej architektury stoi artdekowska hala targowa, która od rana tętni handlowym życiem. Na wykafelkowanych ladach leżą tuńczyki i drobne ryby. Po jednej stronie kręcą się sprzedawcy w kaloszach, po drugiej – klienci i turyści, na których mało kto już zwraca uwagę. Z lad zwisają kaskady czarnych ogonów, spod których przebija białe mięso; na ich przeciwnym końcu – paszcze jak najeżone zębami sekatory i duże, szkliste oczy. Tak prezentują się espady, pałasze czarne. Rybi specjał Madery. Panierowane i podawane ze smażonymi bananami, uchodzą za jedno z najbardziej tradycyjnych dań regionu.
Z halą sąsiaduje smakowity bazar owocowo-warzywny. Jest poniekąd skrzyżowaniem kilku kontynentów. W kolorowych kupkach leży więc europejska włoszczyzna i śródziemnomorskie zioła. Są powszechne w Azji słodkie bulwy i kolczochy. Są gojawy, flaszowce, awokado oraz tuzin odmian marakui rodem z Ameryki Południowej. Są też kosmopolityczni sprzedawcy bajeranci. Mówią w wielu językach, kokietują turystów i sprzedają owoce świetnej jakości za bajońskie sumy. A wystarczy odwrócić się na pięcie o sto osiemdziesiąt stopni i uśmiechnąć do starszego rolnika w kaszkiecie, który akurat ucina pogawędkę z kolegą. Odpowie uśmiechem, weźmie kilka monet i poda to samo.
A czym są podłużne owoce wyglądające jak pałki z krokodylej skóry? To peerelowski szlagier doniczkowy, filodendron. Okazuje się bardzo smaczny, jeśli tylko odpowiednio się za niego zabrać. Przede wszystkim trzeba poczekać, aż dojrzeje. Nagrodą za cierpliwość jest smaczny miąższ o smaku bananowo-ananasowym. Karą za niecierpliwość jest natomiast mocne szczypanie w język i silne kłucie w podniebienie – w niedojrzałych fragmentach owocu znajduje się dużo igiełkowatych kryształków szczawianu wapnia, które drażnią wszystkie napotkane błony.
 

ELIKSIR ZDROWIA


Naprzeciw hali, w pierzei kamienic, mieści się niepozorna Mercadora. Przypomina stary sklep kolonialny, z przeszkloną galeryjką i workami, z których subiekt wydaje towary. Dziś jednak zamiast zamorskich rarytasów czekają na klientów podstawowe produkty, a zamiast subiekta – pan Antonio z małżonką, którzy od siedemnastu lat prowadzą także bar w tylnej części sklepiku. Bar najprostszy z możliwych: stołki i lada. Żadnych fajerwerków. W takie miejsca najchętniej zachodzą miejscowi po porcję ponchy, ulubionego eliksiru.
Pan Antonio robi go na poczekaniu. Wyciska do dzbanka dużą porcję soku z cytryny i zalewa złocistym miodem. Potem bierze do ręki drewniane mieszadło i zaczyna nim obracać jak świdrem ogniowym. Ściślej mówiąc: obraca „pindolkiem”. Tak należy tłumaczyć portugalskie caralhinho. Następnie do rozrobionej mieszanki dolewa dużo mocnego, rzemieślniczego rumu z lokalnej produkcji, a „pindolek” znów idzie w ruch. W końcu lekko spieniony poncz trafia do kieliszków. Do tego miseczka delikatnie chrupiących tremoços, nasion łubinu macerowanych w solance. Sama poncha przyjemnie rozgrzewa i rozluźnia.
– To nasze lekarstwo na wszelkie dolegliwości – mówi z uśmiechem Antonio. – A to miejsce jest apteką. Z rana zachodzimy po kieliszek i wstępujemy na jednego pod koniec dnia. Dzięki niemu jest nam wszystkim lepiej.
Z początku poncha miała służyć rybakom w czasie wielodniowych połowów, a marynarzom w walce ze szkorbutem. Od dawna jednak służy jednemu celowi: przyjemności. W starych barach trafia się jeszcze na ustronne pomieszczenia, jak z czasów prohibicji, w których mężowie mogli pić bezpiecznie, z dala od ścigających żon.
 

MADERA, RUM I MADERA


Najważniejszy składnik ponchy smakuje najlepiej u źródła. Jedno z nich leży u stóp Orlej Skały, w niewielkim miasteczku Porto da Cruz na północnej stronie wyspy. Mieszcząca się tam destylarnia od dziesięcioleci produkuje rum trzcinowy tradycyjnymi metodami. Nadal jest wyposażona w maszynerię z epoki rewolucji przemysłowej. Dawny duch snuje się też u sklepienia rumiarni, w opustoszałej oficynie, z której główny intendent nadzorował niegdyś zakład. Porządny rum, aprobowany przez miejscowych, ma 50-procentową zawartość alkoholu. Stary rum jest łagodniejszy. Dojrzewa w beczkach przynajmniej sześć lat i nasyca się aromatem drewna, a smakiem zbliża się do dobrej whisky.
Trzcinowy alkohol jest jednak na straconej pozycji. Z Maderą będzie bowiem zawsze kojarzył się przede wszystkim jej homonim: wino. Jak wiele trunkowych receptur, także madera powstała z myślą o konserwacji na tygodnie żeglugi. Wyspa była ważnym przystankiem w drodze do Indii Wschodnich i wiązała istotne morskie szlaki handlowe. Ponadto jako jedna z nielicznych miała prawo eksportu do kolonii brytyjskich i Ameryki. Musiano wykorzystać okazję i sprostać wyzwaniu. Zaczęto wino... ogrzewać.
Z początku madera leżakuje w temperaturze dochodzącej do 50°C. Czasem w beczkach wystawianych wprost na słońce. Proces ten karmelizuje cukry i nadaje winu barwę oraz aromat. O wytrawności płynu zdecyduje nie tylko szczep winogron, ale i moment przerwania fermentacji. Ustaje ona wraz z dodaniem brandy, od której pochodzi charakterystyczna moc trunku. Dzięki niej madera uchodzi za wino niezniszczalne. Dowód? Pół roku temu w Londynie wystawiono na aukcji prawdziwe dinozaury: na ciemnych butelkach widniał zatarty rocznik 1715.

 

 
BRĄZOWY MEDALISTA
Wysokogórski pejzaż Pico do Arieiro, trzeciego najwyższego szczytu Madery. Skaliste góry stanowią naturalną barierę, która dzieli wyspę na dwie strefy mikroklimatyczne.
 
KĄPIEL W SKALE
Kręta szosa prowadząca do Porto Moniz to świetna trasa widokowa. Samo miasteczko słynie z naturalnych, skalnych basenów, powstałych nieopodal brunatnej wysepki Ilheu Mole.
 
APTEKA
DOROSŁEGO CZŁOWIEKA

Pan Antonio od 17 lat wprawnie miesza mocną, rumową ponchę. Miejscowi traktują ją jak lekarstwo na wszystkie bóle, a bar – jak aptekę.


 

DROGA NA MŁYN


– Spójrz, tamtędy biegnie lewada! – słyszało się w głębokich dolinach i na wysokich serpentynach dróg, gdy samochód pokonywał ostrożnie zakręty. Lewady stały się jedną z wizytówek wyspy. Są to kanały irygacyjne, które dostarczają wodę z wilgotnej północy wyspy w jej suchsze, południowe rejony. Najstarsze lewady powstały jeszcze w XVI w. Dzisiaj liczą 2,5 tys. km. Prawie dwie trzecie z nich biegnie wzdłuż szlaków, stanowiących gratkę dla piechurów. Trekkingowcy mogą wybrać sześćdziesiąt tras, które prowadzą przez pięćdziesiąt tuneli prosto na spotkanie z maderską przyrodą. Większość nie stanowi wyzwania. Z rzadka jednak wąziutka ścieżka wiedzie przy kilkusetmetrowym urwisku i wymaga skupienia. Mimo wyraźnych ostrzeżeń zdarzają się śmiertelne wypadki.
Levada do moinho nikogo nie przyprawi o zawrót głowy. Raczej przyjemnie ją odświeży. Leśna trasa wiedzie początkowo przez arkadę z jałowców cedrowych. Prowadzi do odcinka lewady, w którym strumyk płynie w naturalnym, gliniastym korycie, zmieniając się czasem w drobny wodospad. Srebrna nitka kanału towarzyszy od tej pory do końca, przez 10 km. Z lasu wyprowadza na prześwity i słoneczne polany, żółtawe od kwitnących kolcolistów. Przy ścieżce rosną paprocie, mirty i eukaliptusy. Gdzie indziej – mimozy, bambusy i proste tyczki drzew konwaliowych, z których struga się kijki do marszu. Przy odrobinie szczęścia w pobliżu wyżynnych ścieżek natkniemy się na dziko rosnące marakuje bananowe, które kwitną jak dorodny klematis. Z ich kwiatów można wyłuskać zieloną buteleczkę, w której mieści się kilka kropel słodkiego nektaru.
Levada do moinho powstała dość późno, w XIX w., i oprócz regularnego nawadniania pól zasilała również trzy prywatne młyny wodne. Ruina jednego z nich stoi do dziś na skraju cienistego wawrzynowego lasu. Wiecznie zielonego i wiecznie usianego butwiejącymi liśćmi. To właśnie lasy laurowe, tak zwana laurisilva, stanowią rdzenny skarb wyspy, wpisany na listę UNESCO. I aż jedna trzecia tworzących je gatunków to tutejsze endemity.

 

 
DOJRZAŁA REZERWA
Rum Reserva 970 dojrzewa w beczkach przez 6 lat; Reserva Velha – nawet 21. Długo dojrzewający trunek zbliża się smakiem do dobrej whisky. Na Maderze destyluje się średnio 275 tys. litrów rumu rocznie.
 
POTWORNIE SMAKOWITY
Owoc Monstery deliciosy, czyli filodendronu, ze względu na smak nazywany jest ananasem bananowym. Zawiera dużą ilość drażniącego szczawianu wapnia, więc trzeba się z nim obchodzić ostrożnie.
 
SANTANA POD STRZECHĄ
Trójkątne domki kryte strzechą były kiedyś domostwami wiejskiej ludności na północy Madery. Dzisiaj pełnią rolę pokazowej atrakcji turystycznej w miejscowości Santana.


 

POJEDYNEK Z GÓRAMI


Wiele konstrukcji na Maderze świadczy o pojedynku człowieka z górami. Nie tylko lewady, wiklinowe sanie i gondole. Także dziesiątki kilometrów tuneli, estakady i kaskadowa budowa domów oraz setki tarasów, ciągnących się czasem aż do skraju urwiska. Niektóre z nich już porzucone i zarośnięte, niektóre też nadtrawione przez zeszłoroczne pożary. Najczęściej jednak pozostają bujne i zielone. To one zmieniają wyspę w wielki atlantycki ogród. Każdą przestrzeń poza miastem nadającą się do upraw wypełniają sady i grządki. Wciskają się między domy, garaże i infrastrukturę.
Nie inaczej w wyższych partiach wyspy. Tyle że tam życie toczy się szczególnie poczciwie. Im wyżej, tym spokojniej. Sąsiedzi sączą kawę w przysklepowej kawiarni. Ktoś pieli motyką grządki pod winorośl. Starsi panowie maszerują z kijkami w rękach. Machają przyjaźnie, bo obcy nie zaglądają tam zbyt często. Młodzi z kolei coraz częściej uciekają na wybrzeże.
Najwyższy szczebel na drabinie Madery wyłania się dopiero zza świerkowo-jodłowego lasu: skaliste szczyty. Piętro należące do turystów i pasterzy. Z początku szosa prowadząca na czubek wyspy znika tajemniczo w szarej wilgoci, wśród skał i karłowatej roślinności. Jednak chmury żonglują pejzażem i już po chwili ukazują łąki i połacie płowych traw – jak w jesiennych Bieszczadach. Rozległe polany, a na nich luźno rosnące paprocie i żarnowce, wrzośce drzewiaste i wysokie krzewy endemicznych borówek maderskich.
Wreszcie pojawia się sam Pico do Arieiro, brązowy medalista wśród maderskich szczytów. Mierzy niepozorne 1816 m n.p.m., ale ponieważ leży nad oceanem, wydaje się olbrzymem. Z jego szczytu rozciąga się wspaniały, wysokogórski krajobraz. Dookoła ostre granie i krawędzie biegnące setki metrów w dół ukośnymi liniami. Poniżej ciągnie się jeszcze jedna linia: pozioma i niewidzialna. Linia śniegu, który pojawia się tu w najzimniejszych momentach roku. To dlatego w rejonie szczytu wybudowano niegdyś kamienne igloo wzmacniane zaprawą – śnieżne studnie. Gromadzono w nich śnieg i lód, który następnie znoszono w skórzanych worach do hoteli i szpitali w dolinach.
 

 
WSCHODNIA SKRAJNOŚĆ
Wschodni skraj wyspy i jeszcze jedna mikrokraina: rdzawy, stepowy Półwysep św. Wawrzyńca. W zrębach czerwonawych skał widać ślady kanałów, którymi wydostawała się lawa – przypomnienie, że Madera powstała w wyniku wielu drobnych erupcji wulkanicznych.

NATURALNE BARIERY


– No, śmiało! – zachęcają jedni drugich i uśmiechają się z lekkim przekąsem. Potem patrzą, jak ich towarzysze wchodzą kroczkami na taflę szklanego tarasu. Niektórzy się cofają i walczą z lękiem wysokości. W końcu stoją na Cabo Girão, najwyższym klifie morskim Europy, i mają pod sobą 560 m przepaści. Kiedy przełamią lęk, z reguły przyglądają się leżącym u stóp klifu nadmorskim winnicom, układającym się w rozłożysty wachlarz. Reszta punktu widokowego nie budzi już takich emocji. Pozwala oprzeć się spokojnie o barierki i spoglądać w kierunku Funchalu oraz trzech Wysp Pustynnych, Ilhas Desertas, zamieszkiwanych głównie przez mniszki śródziemnomorskie, najrzadsze foki świata.
Dawniej klify zapewniały Maderze naturalną ochronę przed atakami. Luki w skalnej barierze uzupełniano fortami, które stoją do dziś w niewielkim miasteczku Machico: trójkątny Forte de Nossa Senhora do Amparo i malowniczy szkielet fortu św. Jana Chrzciciela.
Dzisiaj skaliste wybrzeża i brak naturalnych plaż chronią Maderę przed rozrostem wielkohotelowych kurortów. Eklektyczne piękno wyspy przyciąga coraz większe rzesze ludzi. Miejsca takie jak Porto Moniz, znane z naturalnych basenów, zmieniają się powoli w turystyczne piekiełka. Wycieczkowce potrafią przywieźć 10 tys. turystów jednego dnia. Pozostaje mieć nadzieję, że urok „atlantyckiego ogrodu” nigdy nie zostanie zadeptany.



wstecz
Podziel się!


Adres redakcji:
ul. Jaśkowa Dolina 17
80-252 Gdańsk
e-mail: redakcja@poznaj-swiat.pl
tel. 535 444 990

PRENUMERATA:
tel. 58 350 84 64

Wydawca:
Probier Leasing
sp. z o.o. sp. k.
Kowale Glazurowa 7
80-180 Gdańsk