980x200

Numer / Październik 2014

Jesteś tutaj: Strona głównaNumer Październik 2014

Tekst:      Magdalena Michalska

Pamir Highway


Tagi:

Mijamy pozostałości kamiennych twierdz rozsianych wzdłuż granicy afgańsko-tadżyckiej. Po drodze odwiedzamy buddyjską stupę. Okazuje się, że w tej wiosce od wielu lat mieszka Polka z pochodzenia, pani Bronisława. W języku ojczystym już nie mówi, ale kilka wersów „Zdrowaś Mario” udaje się jej wypowiedzieć.

 

Duszanbe. Poranek na placu pośrodku tętniącego życiem bazaru. W słońcu grzeją się zakurzone jeepy oraz ich zniecierpliwieni właściciele. Wynajęcie samochodu okazuje się trudniejsze, niż przypuszczaliśmy. Najpierw kierowcy jeden po drugim odrzucają nasze propozycje, potem my odchodzimy, gardząc zbyt wygórowaną ceną. Około południa dochodzimy wreszcie do porozumienia, rano możemy wyruszać…
Droga M41, zwana potocznie Autostradą Pamirską, to druga najwyżej położona droga na świecie. Biegnie wzdłuż jednej z odnóg dawnego Jedwabnego Szlaku, prowadząc ze stolicy Tadżykistanu do Osz w Kirgistanie. Zbudowana między 1931 a 1934 rokiem i pokryta asfaltem w latach 1970., czasy świetności ma już za sobą.

 

 
GOŚCINNOŚĆ OD KUCHNI
Kuchnia pracuje, przygotowując rozgrzewający poczęstunek po kąpieli w leczniczych wodach w Jelandach. Obok suto zastawiony tadżycki „stół”: pieczywo, masło, baranina oraz herbata podana z mlekiem, masłem i solą.
 
 
 
POMARZĘ O PAMIRZE
Przełęcz Akbajtal (Biała Klacz), 4655 m n.p.m. Stąd roztacza się piękny widok na szczyty Pamiru.

 

ŻYCIE NA SZCZYTACH

 

Wyruszamy wcześnie. Czeka nas ponad 500 kilometrów przeprawy w kierunku Chorogu. Początkowo trasa pnie się łagodnymi serpentynami w górę, z czasem jednak staje się wąska, kręta i wyboista. Powoli znikają wioski, niekiedy tylko gdzieś w dolinie widzimy kilka lepianek i stada kóz. Pokonujemy kolejne przełęcze, podskakując na głębokich koleinach. Słowo „autostrada” zaczyna brzmieć ironicznie.
Jedziemy wzdłuż wartkiego nurtu rzeki Piandż – naturalnej granicy między Tadżykistanem a Afganistanem. Po drugiej stronie nie ma nawet drogi, tylko wąska ścieżka przyklejona do skalnej ściany. Afgańskie życie codzienne mamy na wyciągnięcie ręki, obserwujemy pasterzy i kobiety o zasłoniętych twarzach. Nasza trasa jest wyczerpująca, ale widoki rekompensują trudy podróży. Surowe górskie szczyty i przepastne wąwozy sprawiają, że serce bije szybciej. Na „grubość lakieru” mijamy pędzące z Chin ciężarówki i wstrzymujemy oddech, wchodząc w ostre zakręty nad przepaściami.
Kilka razy zatrzymujemy się w przydrożnych jadłodajniach, ale menu jest zawsze takie samo: chleb, jajka, rosół z barana, ewentualnie lagman, czyli gęsta uzbecka zupa z makaronem. Rozprostowujemy nogi, uzupełniamy wodę ze źródła. Za każdym razem jest to dobra okazja, by pogawędzić z właścicielem lub innymi podróżnikami.
W ciągu jednego dnia nie udaje się nam dotrzeć do celu, nocujemy więc w skromnej gastinicy na trasie i następnego dnia docieramy do położonego na wysokości 2500 m n.p.m. Chorogu. Nazywany bramą do Pamiru, jest także stolicą Górnobadachszańskiego Rejonu Autonomicznego, zamieszkiwanego przez Pamirczyków. Nie należy ich mylić z Tadżykami, gdyż mocno podkreślają swoją odrębność. W Badachszanie jest zresztą kilkanaście dialektów i zdarza się nawet, że mieszkańcy położonych niedaleko od siebie wiosek nie są w stanie się porozumieć.
Pamirczycy wyznają jedną z najbardziej liberalnych form islamu. Są ismailitami, nie praktykują tradycyjnych sposobów modlitwy, nie poszczą. Ich twarze są ogorzałe i surowe, ukształtowane przez niełatwe życie górskich pasterzy.
Sobota w Chorogu to dzień afgańskiego targu. Wcześnie rano na plac po tadżyckiej stronie Piandżu przeprawiają się obładowani towarem sąsiedzi. Do niedawna granica była szczelnie zamknięta, dopiero od kilku lat przekroczenie rzeki jest możliwe. Przygnani ciekawością, także i my się pojawiamy. Stragany powoli zapełniają się towarem. A kupić można prawie wszystko: od chińskich świecidełek po militaria, przyprawy, tkaniny. Początkowo groźne twarze Afganów i patrolujące targ wojsko sprawiają, że czujemy się nieswojo, ale po chwili okazuje się, że owinięte turbanami postacie chętnie wdają się w pogawędki, a nawet pozują do zdjęć.
Powietrze pachnie kurzem i smażonym nad ogniem mięsem. Próbujemy najsłodszej chałwy w życiu i piereżaków. Przed wyjściem długo przyglądam się tkanej, niebieskiej chuście. Ostatecznie ulegam, zakup okaże się niezastąpiony podczas dalszej podróży, uchroni od słońca i wiatru.

 

 
PAN KIEROWNIK
Kirgiz dumnie prężył się, pozując do zdjęcia, a równocześnie kątem oka nadzorował produkcję cegieł w małej manufakturze.
 
LUSTERECZKO, POWIEDZ PRZECIE...
...że tak jest na całym świecie. Na zdjęciu sprzedawca lusterek i jego klienci na targu w Iszkaszim przy afgańskiej granicy.
 
POLSKA NIESPODZIANKA
Pani Bronisława, Polka z pochodzenia, urodziła się i mieszkała na terenie dzisiejszej Ukrainy. Tam poznała tadżyckiego górnika, za którego wyszła. Dziś żyje w wiosce Langar. Na zdjęciu z mężem i ślubną fotografią.

 

BIAŁA KLACZ, A JEZIORO CZARNE

 

Nowy kierowca Gajrat zawozi nas do gorących źródeł w miejscowości Jelandy. W skromnym budynku pośrodku pustkowia są dwa baseny wyłożone pożółkłymi kaflami – osobny dla kobiet i mężczyzn. Kąpiel nago działa tutaj podobno kojąco na bóle kości i leczy kobiece sprawy. Parująca woda wprowadza w błogi stan. Do rzeczywistości wracamy za sprawą naszej gospodyni, która ze słownikiem angielsko-rosyjskim przed oczami próbuje za wszelką cenę z nami się porozumieć. Po kąpieli obowiązkowy poczęstunek, czyli tym razem bliuda, przyrządzone z rozpuszczonego tłuszczu, mąki i mleka przez kobiety zgromadzone w kuchni. Potrawa przyjemnie rozgrzewa żołądek. Posileni żegnamy lecznicze wody i ruszamy na północny wschód w kierunku Murgobu.
Na pustkowiu, po którym się poruszamy, mijamy pojedyncze jurty otoczone stadami jaków, które są źródłem tłustego mleka, mięsa, skór, a nawet opału (ich wysuszone odchody zastępują drewno, towar deficytowy na tej wysokości). Czasem zatrzymujemy się na krótką przechadzkę po okolicznych pagórkach, powoli jednak zaczynamy odczuwać wysokość – pobolewa głowa i już po kilku krokach odczuwamy zmęczenie.
Wieczorem rozbijamy namiot i przygotowujemy skromny posiłek. Temperatura dramatycznie spada, prawie do zera. Opatuleni wsłuchujemy się w ciszę. W promieniu wielu kilometrów nie ma nikogo oprócz nas.
Murgob, dawny radziecki garnizon, zamieszkany obecnie przez Pamirczyków i Kirgizów, wita gości pomnikiem Lenina na głównym placu. Posilamy się rosołem i próbujemy zatankować auto. Stacja benzynowa okazuje się metalową beczką, z której za pomocą wiadra wlewa się benzynę wprost do baku.
Opuszczamy miasto i kierujemy się na północ, do najwyższego punktu naszej podróży. To przełęcz Biała Klacz (Akbajtał), położona na wysokości 4655 m n.p.m. (tutaj głęboki oddech, bo to nasz prawdziwy wyczyn). Z niecierpliwością czekamy, aż oczom ukaże się legendarne jezioro Kara-kul. Tafla wody w południowym słońcu zdaje się być zupełnie czarna – stąd nazwa tego akwenu. Jego brzegi otoczone są wianuszkiem ośnieżonych górskich szczytów, a wśród nich daleko na horyzoncie majaczy Pik Lenina. Spacerujemy nad brzegiem, moczymy nogi w lodowatej wodzie i zadumani ruszamy w drogę powrotną.

 

 

WITAJ, GOŚCIU UTRUDZONY!

 

Podróżując na południe, planujemy dojechać prosto do afgańskiej granicy i wzdłuż niej wrócić do Choregu. Gubimy się jednak w plątaninie podobnych dróg i trafiamy do małej woski – Tohtomish. Momentalnie stajemy się atrakcją. Grupa mężczyzn w charakterystycznych kirgiskich czapkach (kalpakach) podchodzi do nas i próbuje wskazać drogę. Bardzo szybko lądujemy na tradycyjnym poczęstunku u jednego z nich – herbata z mlekiem i masłem jaka oraz solą, chleb i kasza na słodko. Do tego mnóstwo opowieści, m.in. o legendarnej kopalni rubinów ukrytej gdzieś pośród gór. Przy okazji udaje się nam zobaczyć szycie tradycyjnych szyrdaków z wełny jaka lub owiec. Pierwotnie są szare, ale za pomocą naturalnych barwników uzyskują fantastyczne barwy. Służą jako dywany, kołdry i ściany jurt.
Podczas dalszej drogi często zapraszani jesteśmy w gościnę, jednak dwa z tych spotkań szczególnie zapadają nam w pamięć. Pewnego chłodnego poranka po przebudzeniu okazuje się, że gaz w butli zupełnie się wyczerpał, zmarznięci zwijamy namiot i pukamy do małego domku ukrytego w skałach, prosząc o wrzątek. Otwiera nam kobieta z gromadką dzieci, bo mąż wypasa właśnie stado na wyżej położonych pastwiskach. Wnętrze jest skromne, dwuizbowe, a jedynym „meblem” żeliwny piecyk. Gdy stoimy tak zakłopotani, na stole oprócz herbaty lądują ziemniaki z baraniną i świeży chleb. Tu nie wypada odmawiać, ale my jesteśmy pewni, że znacznie uszczuplimy zapasy naszych gospodarzy. Kobieta opowiada o tym, jak przed laty uciekli z Duszanbe w obawie przed wojną domową, i o tym, jak trudno żyje się na pustkowiu. Zapłata pieniędzmi nie wchodziła w grę, zostawiliśmy im trochę warzyw, o które tu trudno, i lornetkę – na pewno pomoże obserwować stada na pastwisku.
Jesteśmy na granicy Tadżykistanu z Afganistanem i mijamy pozostałości starych twierdz. W miarę jak zjeżdżamy w dół, krajobraz łagodnieje, pojawiają się małe poletka, pierwsze drzewa, małe osady. W jednej z nich odwiedzamy stupę. W wiosce – niespodzianka. Mieszka tu Polka, pani Bronisława. Historię swojego życia opowiada nam oczywiście przy suto zastawionym stole – próby zrezygnowania z posiłku nie dają rezultatu, przecież gość to błogosławieństwo dla domu… Urodziła się na terenie dzisiejszej Ukrainy. Gdy była młoda, umarła jej matka. Potem poznała tadżyckiego górnika, za którego wyszła, zmieniając też wiarę. Pokazuje zdjęcia rodziny, pocztówki od turystów z Polski, którzy czasem ją odwiedzają. Wydaje się, że naszą wizytą sprawiliśmy jej ogromną radość. Gdy żegnamy się, do domu wbiegają jej wnuki – jedyne w całej wsi dzieci z blond włosami i niebieskimi oczami.
Powoli kończy się nasza podróż, zmierzamy znów w stronę Chorogu. Zostawiamy za sobą góry, jeziora, gwarne bazary i mityczne twierdze. Długo będziemy pamiętać te pamirskie krajobrazy. Ale chyba najbardziej niezwykłą gościnność tutejszych mieszkańców, rzadko już spotykaną w naszej, „cywilizowanej” części świata.



wstecz
Podziel się!


Adres redakcji:
ul. Jaśkowa Dolina 17
80-252 Gdańsk
e-mail: redakcja@poznaj-swiat.pl
tel. 535 444 990

PRENUMERATA:
tel. 58 350 84 64

Wydawca:
Probier Leasing
sp. z o.o. sp. k.
Kowale Glazurowa 7
80-180 Gdańsk