Numer / Marzec 2015

Jesteś tutaj: Strona głównaNumer Marzec 2015

Tekst:      Karol Janas
Zdjęcia:  Karol Janas, Tadeusz Natanek, Małgorzata Czujko

Po wodach Ziemi Ognistej


Tagi:

Wąskie kanały i fiordy, ośnieżone górskie szczyty, lodowce wpadające do wody i przyroda nietknięta ludzką ręką. To Ziemia Ognista, archipelag na samym końcu cywilizowanego świata. Dalej na południe są już tylko lody Antarktydy i groźne wody Oceanu Południowego. Jedynym środkiem transportu pozwalającym na dobre poznanie tych rejonów jest jacht żaglowy.

Stolica Ziemi Ognistej, sześćdziesięciotysięczna Ushuaia, reklamuje się jako położone najdalej na południe miasto świata. Założona przez Argentyńczyków pod koniec XIX w. osada służyła początkowo jako kolonia karna. Odległa lokalizacja uniemożliwiała więźniom ucieczkę. W kolejnych latach do miasteczka ściągali awanturnicy skuszeni plotkami o znalezieniu olbrzymich ilości złota. Obecnie Ushuaia przyciąga przede wszystkim turystów, także jako baza wypadowa do dalszych wycieczek. Można tu wykupić krótki lot awionetką, udział w wyprawie po dzikich górach Ziemi Ognistej, a także rejs statkiem wycieczkowym na Antarktydę.
Ushuaia to także mekka żeglarzy. Jachty stają na bojkach rozrzuconych we wnętrzu zatoki albo, tak jak my, cumują w jachtklubie Afasyn, przy ledwo trzymającym się kupy drewnianym pomoście.

 

 
PRZERWA NA FLAUTĘ
W wiecznie wietrznej Ziemi Ognistej prawie nigdy nie ma spokoju. Brakuje tutaj infrastruktury transportowej oraz turystycznej, a najlepszym sposobem przemieszczania się jest jacht.
 
ZIMNA PALETA
Lodowce przyjmują dziesiątki różnych kolorów, od ciemnych odcieni niebieskiego, przez błękity, biel, na brudnych szarościach kończąc.
 
KONNI ŻEGLARZE
Tradycyjnym zajęciem gauczo był całoroczny wypas bydła. Głównym zajęciem Jose w porze letniej jest organizowanie konnych wycieczek dla żeglarzy.

 

ŻEGLARSKI EVEREST

 

Po wypełnieniu niezbędnych formalności umożliwiających opuszczenie Argentyny oddaliśmy cumy i pożeglowaliśmy na wschód. Płynęliśmy wąskim kanałem Beagle, który nazwę odziedziczył po statku, na którym Karol Darwin odwiedził Ziemię Ognistą w 1833 roku. Po obu stronach piętrzyły się wysokie, pokryte śniegiem góry – na północy argentyńska część Ziemi Ognistej, a na południu chilijska wyspa Navarino. Po pięciu godzinach wygodnej żeglugi, przy przeważającym w tym rejonie zachodnim wietrze, wpłynęliśmy do chilijskiego Puerto Williams. Prognoza pogody zapowiadała słabe wiatry przez kolejne dwa dni i nadchodzący później solidny sztorm. Dlatego zdecydowaliśmy się na jak najszybsze wypłynięcie z portu i próbę okrążenia przylądka Horn.
Przed otwarciem Kanału Panamskiego wszystkie statki płynące z Atlantyku na Pacyfik zmuszone były okrążać Amerykę Południową i przejść przez niebezpieczne wody wokół Hornu. Były to czasy bez nawigacji satelitarnej i bez dokładnych prognoz pogody. Marynarze pokonywali tę trasę przez okrągły rok, bez względu na warunki. I mimo że są na świecie akweny bardziej niebezpieczne, to pewnie nie ma miejsca, które pochłonęłoby tak wiele ofiar. Dlatego właśnie ta okolica jest okryta złą sławą, a sam przylądek nazywany „nieprzejednanym”. Opłynięcie Hornu w świecie żeglarskim jest warte tyle samo, co wejście na Mount Everest w świecie wspinaczy. Tym, którzy tego dokonają, należy się żeglarska chwała, a ponadto według starej tradycji od tego momentu będą mieli prawo gwizdać na statku oraz sikać pod wiatr!
Gdy zbliżaliśmy się do przylądka, wiatr wzmagał się, aż w końcu ustabilizował na 6-7 w skali Beauforta. Oby tylko tak zostało, tutaj pogoda może zmienić się w mgnieniu oka. Horn ukazał się w całej okazałości. Poszarpane szczyty tonęły w słońcu. Długa, oceaniczna fala w Cieśninie Drake’a nie była wyższa niż 2-3 metry. Popłynęliśmy ostro pod wiatr 5 mil na południowy zachód, potem zwrot i z powrotem pod wyspę w kierunku na północny zachód. Zrobiliśmy kolejne dwa zwroty i chwilę później już mogliśmy bezpiecznie ominąć wyspę od zachodu. Żeglarski ośmiotysięcznik zdobyty!
Na wyspie Hornos jest latarnia, którą można odwiedzić. Latarnik jest żołnierzem w służbie Armady Chilijskiej, mieszka tu z żoną i dziesięcioletnim synem. Odpowiedzialny jest nie tylko za obsługę latarni, ale również kontrolę nad jednostkami pływającymi wokół Hornu. Służba trwa okrągły rok. Kilkaset metrów od latarni stoi pomnik przedstawiający albatrosa. Jest poświęcony wszystkim, którzy stracili życie na Hornie, a zbudowano go z kadłubów wraków rozbitych na przylądku.
Kolejnego dnia dokładniej rozejrzeliśmy się po Puerto Williams. Klub żeglarski urządzono w wyciągniętym na płyciznę wraku chilijskiego okrętu Micalvi. Statek stabilnie spoczywa na dnie, a odwiedzające zatoczkę Lauta jachty (o znacznie mniejszym zanurzeniu) mogą cumować do jego burt. We wnętrzu znajduje się biuro klubu i tawerna.

 

 

GAUCZO Z ZATOKI FERRARI

 

Prując na silniku pod mocny zachodni wiatr, wpłynęliśmy do kanału Yendegaia i zatrzymaliśmy się w położonej w jego głębi zatoczce Ferrari. Nad brzegiem stało kilka prostych budynków, gdzieś dalej pasło się stado koni. Tu mieszka Jose, jeden z ostatnich gauczo, czyli argentyńskich kowbojów żyjących na Ziemi Ognistej, Patagonii i pampasach.
Popłynęliśmy pontonem na ląd, aby przywitać się z gospodarzem. Z domu wyszedł niewysoki Latynos o ciemnej karnacji, szczeciniastym zaroście i długich włosach spiętych w kucyk. Gdy zapytaliśmy o miejsce, gdzie możemy zakotwiczyć, sięgnął po leżącą na pieńku ostrogę i na deskach werandy niespiesznie wyrył układ zatoki i kontur jachtu.
Wieczorem popłynęliśmy na ląd po raz drugi. Po krótkiej chwili siedzieliśmy w przytulnej kuchni, na stole stały szklanki z winem i talerze ze świeżo upieczonym łososiem. Jose mieszka na tej farmie od 16 lat i zajmuje się końmi. Ma ich 20, ale w okolicy pasie się ponad 600 dzikich sztuk. Regularnie łapie pojedyncze okazy i je oswaja. W gospodarstwie mieszka również Miguel, dwudziestokilkuletni Chilijczyk z Santiago, który korzystając z wakacyjnej przerwy na uniwersytecie, uczy się, jak być gauczo – tak jak kiedyś jego ojciec. Choć jak sam przyznaje, niewiele można na tym zarobić i coraz mniej ludzi decyduje się żyć w taki sposób: – Żyje się ubogo, bez telewizora, bez internetu, bez dyskotek, tylko szum wiatru i morza oraz góry wokoło.
Następnego dnia wybraliśmy się na konną przejażdżkę. Przeprawiliśmy się przez kilka płytkich strumieni i wyjechaliśmy na rozległą równinę. Miguel zatrzymał się. – Patrzcie – wskazał ręką miejsce u podnóża jednej z gór – salvajes, dzikie konie. Stado ponad stu sztuk uciekało, spłoszone naszą obecnością. W drogę powrotną ruszyliśmy galopem. Po trzygodzinnej przejażdżce zatrzymaliśmy się na farmie cali upaprani kawałkami błota ciskanymi spod kopyt.

 

 
LODY OGNISTEJ ZIEMI
Duże, małe, białe, niebieskie, położone w przełęczy czy wpadające do fiordu. Płynąc kanałem Beagle, co pół mili widzi się lodowiec.
 
CZEKAJĄC NA DARWINA
Niewiele trzeba, by na środku kanału Beagle ujrzeć oczami wyobraźni trójmasztowy HMS Beagle, na pokładzie którego przypłynął tu niegdyś Karol Darwin.
 

KONDOR NAD CONNOREM I LWY

 

Kilka dni później wpłynęliśmy do Caleta Olla, czyli Zatoki „Garnkowej”. Rzeczywiście kształtem przypomina garnek, jest osłonięta praktycznie ze wszystkich stron. W archipelagu Ziemi Ognistej niewiele miejsc pozwala na bezpieczne kotwiczenie. Szczególnie groźne są porywiste wiatry osiągające niekiedy siłę huraganów. Dlatego najlepszym sposobem zatrzymywania się w tutejszych zatokach jest stosowanie bardzo długich cum biegnących we wszystkich możliwych kierunkach i przywiązywanych do drzew lub głazów. Tak zacumowany jacht wygląda, jakby utknął w pajęczynie, ale nawet silny wiatr nie rzuci go na skały.
Z Caleta Olla wybraliśmy się na trekking wzdłuż wartkiego strumienia. Jak w większości miejsc w Ziemi Ognistej, nie ma tu oznaczonych tras, szliśmy więc na azymut, podążając szlakami wydeptanymi przez guanako. Wspięliśmy się na górę, z której jak na dłoni było widać kanał Beagle i cumującego w zatoce „Nektona”. Z innych stron błyszczały niebieskie jęzory lodowców Italia i Holandia. Wokoło krążyły wielkie czarne kondory. Jeden przeleciał nad naszymi głowami. Dłużej kołował nad Connorem, który wyprzedził nas o kilkaset metrów. Pewnie zakładał, że to słaba jednostka odrzucona przez resztę stada. Najwyraźniej Connor nie wyglądał, jakby miał niedługo paść, więc kondor dał za wygraną i odleciał.
Gdy tylko wpłynęliśmy do lewej gałęzi fiordu Seno Pia, na wodzie pojawiły się dryfujące kawałki lodu. Początkowo pojedyncze i nieduże, niewiele większe od piłki do koszykówki. Im dalej płynęliśmy, tym było ich więcej i były większe, niektóre wielkości samochodów dostawczych. Gosia stała za sterem i manewrowała pomiędzy pływającymi przeszkodami. Komendy wydawał Tadek, który stojąc wyżej, mógł dokładnie widzieć, co dzieje się przed dziobem.
Gdy znaleźliśmy się na końcu zatoki, ujrzeliśmy trzy jęzory lodowca Guilcher – dwa boczne schodziły bezpośrednio do wody, a środkowy ześlizgiwał się z doliny pomiędzy dwoma szczytami. Podpłynęliśmy na 50 metrów do lewego jęzora, wyłączyliśmy silnik i pozwoliliśmy łódce dryfować pośród kawałków lodu. Wielkie błękitne cielsko lodowca wydawało dźwięki, jakby żyło: pękało, skrzypiało, grzmiało, kawały lodu co chwila odłamywały się i z hukiem podobnym do wystrzału z pistoletu wpadały do wody. Na ścianie lodowca widać było ciemne, brudnoszare miejsca, wystawione przez długi czas na działanie czynników zewnętrznych, i te o kolorze jasnoniebieskim, świeżo odsłonięte przez oderwane fragmenty. Zabraliśmy na pokład jedną z niewielkich dryfujących kostek lodu – idealna jako wkład do drinków.
Płynąc wąskim fiordem Garibaldi, natknęliśmy się na przesiadującą na lądzie kolonię lwów morskich. Na skalistym brzegu kręciło się kilkadziesiąt osobników. Niektóre leżały nieruchomo, kilka spacerowało po brzegu, inne pluskały się w wodzie, jeszcze inne walczyły między sobą. Muczały, ryczały, wyły, piszczały – hałas był niesamowity. Zajęte sobą nie zwracały na nas najmniejszej uwagi.
Sezon na żeglowanie po Ziemi Ognistej to przede wszystkim grudzień, styczeń i luty. Zaletą tego okresu jest bardzo długi dzień. I mimo że to pełnia lata na półkuli południowej, temperatury w ciągu dnia wahają się między 5 a 10 stopni, w nocy często spadają poniżej zera i pojawiają się opady śniegu. Surowy klimat tej krainy sprawił, że jest prawie niezamieszkana, co czyni ją idealnym miejscem dla pasjonatów żeglarstwa, trekkingu i dzikiej przyrody.

 

Kilkutygodniowa wyprawa po Ziemi Ognistej była tylko krótkim fragmentem 4,5-letniego rejsu kapitana Łukasza Natanka na jachcie „Nekton”.



wstecz
Podziel się!


Adres redakcji:
ul. Jaśkowa Dolina 17
80-252 Gdańsk
e-mail: redakcja@poznaj-swiat.pl
tel. 535 444 990

PRENUMERATA:
tel. 58 350 84 64

Wydawca:
Probier Leasing
sp. z o.o. sp. k.
Kowale Glazurowa 7
80-180 Gdańsk