Numer / Sierpień 2012

Jesteś tutaj: Strona głównaNumer Sierpień 2012

Tekst:      Zbigniew Borys
Zdjęcia:  Zbigniew Borys

Gorom Gorom i nie tylko


Tagi: ZA DARMO , Zbigniew Borys , Afryka , Burkina Faso , 2012 , Sierpień

Warto tam pojechać dla samej nazwy. To kraj stworzony dla smakoszy miejsc rzadko odwiedzanych. Pierwszy raz usłyszałem o Burkina Faso, oglądając kiedyś film z Czarnego Lądu. Przedostał się do Europy tylko dlatego, że zdobył pierwszą nagrodę na panafrykańskim festiwalu w stołecznym Wagadugu. Też piękna nazwa…

 

 
KOLOROWE JARMARKI
Czwartkowy targ w Gorom-Gorom zachwyca kolorytem towarów i nie mniej barwnymi strojami kobiet.
 
 
 
CZAS NA ROZMOWĘ
W podwórkach i zakamarkach Burkina Faso panuje błogi spokój.

 

Do wyruszenia na północny wschód Burkina Faso nie potrzeba pretekstów. Wystarczą zasłyszane opinie i szczere zachwyty powracających stamtąd podróżników. No i sława Gorom Gorom – najbardziej widowiskowego targu w tej części kontynentu. Jest wprawdzie środa, a największy targ w Afryce Zachodniej zaczyna nabierać tempa w czwartek. Warto jednak przybyć w przeddzień, aby zakosztować jeszcze sennej atmosfery afrykańskiego miasteczka.

 

 

ZAWRÓT GŁOWY W DZIEŃ TARGOWY

 

Koniecznie trzeba zatrzymać się w misji katolickiej. Pokoje przypominają co prawda pustelnicze cele, za to ksiądz, który opiekuje się tym przybytkiem, to miły gawędziarz i człowiek, który zna różne dziwne historie. Mnie najbardziej urzekła ta o jego pobycie w… Katowicach. Dwa miesiące spędzone w Polsce zaowocowały kilkoma polskimi słowami oraz obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, który wisi obecnie w prezbiterium pobliskiego kościoła.
Czwartkowy poranek wygląda z pozoru jak początek każdego innego dnia. To jednak złudzenie, cisza przed burzą. Tłumy piechurów nadchodzą już ze wszystkich stron. Z północy nadciągają Kel Tamaszek, których potocznie nazywa się burkińskimi Tuaregami; z zachodu przybywają, zdobni w kolorowe szaty, Fulani; roi się już od przedstawicieli plemienia Mossi; pojawią się także mieszkańcy sąsiednich krajów: Nigru i Mali.

 

 
WIDOK NA BANI
Panorama miasteczka Bani i jego tajemniczych meczetów.
 
ODSTRASZAJĄ, LECZ NIE STRASZĄ
Malowidła na domach w wiosce Tiebele mają chronić przed duchami. Tu stanowią ciekawe tło dla portretu chłopca z plemienia Kassana.
 
MY, Z BURKINA FASO


Robi się coraz tłoczniej. Ziemia drży pod stopami bazarowych pielgrzymów. Dźwigają na głowach kosze owoców i warzyw. Ciągną na przykrótkich sznurkach otumanione zgiełkiem, wystraszone kozy, owce, krowy. Pchają wózki wypełnione po brzegi glinianymi naczyniami, belami płócien, trzcinowymi matami oraz pojemnikami pełnymi lokalnych trunków. Motocykle z hałaśliwym turkotem przedzierają się przez gęstniejący tłum.
Napięcie, które towarzyszyło przygotowaniom od samego rana, około południa osiąga kulminację i przez kilka następnych godzin nie maleje. Gdybyśmy wznieśli się teraz na kilkanaście metrów ponad główny plac, ujrzelibyśmy olbrzymi kolorowy dywan rozedrganych ciał, poruszający się i zmieniający swoje barwy w rytm handlowego uniesienia. Trzeba jednak wrócić na ziemię, aby zanurzyć się w tym gąszczu. Poczuć się jego cząstką, powdychać zapachy, poodpowiadać na ciekawskie spojrzenia… Targ w Gorom-Gorom to coś niezwykłego, istny zawrót głowy. Prawdziwy żywioł, bez scenarzysty i reżysera.

 

 
MY, Z BURKINA FASO
 
MY, Z BURKINA FASO
 
MY, Z BURKINA FASO

 

WIOSKA JAK MALOWANIE

 

W drodze do stołecznego Wagadugu, zatrzymaliśmy się w Bani – niewielkiej miejscowości, słynącej z kilku tajemniczych meczetów. Na początku lat 1970. niejaki El Hadj Hama Mohamadou Ibn Hamadou odwrócił się od głównego nurtu islamu i założył własną sektę. Pobudował tu siedem meczetów: jeden główny i sześć pomniejszych, rozsianych po wzgórzach i skierowanych wcale nie w stronę Mekki, ale… w kierunku największej świątyni lokalnego imama, którym był on sam.
Z Wagadugu droga na południe prowadzi w kierunku granicy z Ghaną. Tuż przed przejściem granicznym jest niewielkie miasteczko – PÔ. To świetny punkt wypadowy do kraju Kassena. Główną atrakcją tego regionu jest wioska Tiebele. Niektórzy określają ją jako muzeum lub skansen. Sporo w tym przesady, gdyż większość zabudowań jest pospolitych, podobnych do tych w innych częściach kraju. Jest jednak coś, co wyróżnia wioskę spośród setek innych. To dwór królewski. Miejsce jedyne w swoim rodzaju, pełne chat, podwórek, zaułków. Wszystko dokładnie zaaranżowane, ozdobione, otoczone murem. Wolno tam spacerować, pod warunkiem że mamy przewodnika i wykupi się odpowiednie pozwolenie. Wówczas można zajrzeć do jednej z chat, choć nie będzie to takie proste. Wejścia do domostw są ciasne, wewnątrz też nie ma wiele miejsca, a połączenia między poszczególnymi pomieszczeniami tworzą osobliwy labirynt. Lud Kassena bronił się przed najeźdźcami przez wieki, stąd te nieprzewidywalne wnętrza, brak okien, grube ściany oraz malowidła, które miały zapewnić pomyślność i odganiać demony.
Większość chat zbudowana jest z gliny wymieszanej z łajnem i słomą. Corocznie odnawia się je i pokrywa tynkiem z dużą zawartością białka z jajek, no i przyozdabia. Upiększanie domostw to wyłączna domena kobiet. Pewnie dlatego głównym elementem dekoracyjnym są geometryczne wzory symbolizujące kalabasę – zdrewniałą skorupę tykwy, która w wielu gospodarstwach służy za naczynie uniwersalne. Kalabasa może być: kubkiem, miską, miednicą, pojemnikiem na masło, nakryciem głowy lub sejfem. Tradycja nakazuje, żeby cztery dni po śmierci kobiety kalabasa została rozbita w drobny mak na ścieżce prowadzącej do domu jej rodziców…
Na fasadach chat widnieje również wiele innych ozdób. Z tych najważniejszych – skrzydła nietoperza. Jak wiadomo, zjada on komary, między innymi te malaryczne. Wierzy się, że w domu bez wizerunku nietoperza prędzej czy później pojawi się zły duch. Inny cenny ornament to skrzydła krogulca. Czasami na ścianach można ujrzeć wizerunek węża boa. To święte zwierzę potrafi okiełznać duchy przodków. Nikt nie odważy się go zabić. Na wielu domostwach widać żółwia, ale jego wizerunku poza dworem nie uświadczymy. Żółw to symbol rodziny królewskiej.

 

 
MY, Z BURKINA FASO
 
WODA, DOBRO RZADKIE
Jezioro w pobliżu miasteczka Kaya to zbiornik wody pitnej, której w Afryce zawsze brakuje.
 
TWÓRCA I DZIEŁO
Upiększaniem domów w Tiebele zajmują się wyłącznie kobiety.

 

WIĘCEJ SŁYCHU NIŻ WIDU

 

Z kraju Kassena, przy odrobinie determinacji, możemy dotrzeć w ciągu jednego dnia do miejscowości Gaoua. To już kraina plemienia Lobi – ludu najbardziej wiernego tradycjom w Burkina Faso. Tam królują dziwne obrzędy, pogańskie wierzenia oraz czary.
Po drodze należy trochę zboczyć i odwiedzić jeden z najłatwiej dostępnych obszarów chronionych w kraju. To rezerwat Nazinga, na terenie którego bezpieczną przystań znalazło ponad 20 tysięcy zwierząt, w tym prawie tysiąc słoni. Podobnie jak w wielu innych regionach Afryki, kłusownicy przyczynili się do wytrzebienia większości gatunków. Sytuacja poprawiła się zdecydowanie w 1979 roku. Wówczas to Clark Lungren – Kanadyjczyk, który dorastał w Burkina Faso – postanowił założyć rezerwat przyrody. Wraz z żoną Carol i bratem Robem zabrali się do pracy. Najpierw, za obietnicę stałej pensji, udało im się przemienić kłusowników w strażników parku. Potem wraz z miejscowymi wykonali potężną robotę, budując system zapór, dzięki którym – nawet w okresie suszy – zwierzęta mogą znaleźć łyk wody. Następnie zajęli się odnawianiem populacji gatunków bliskich wyginięcia. Wreszcie wytyczyli nowe drogi, szlaki turystyczne i przyciągnęli swoją pasją dziesiątki ochotników z zagranicy.
Obecnie rezerwat jest własnością państwa i, choć trochę pod tym zwierzchnictwem podupadł, cały czas jest jedną z największych atrakcji w Burkina Faso. Nie ma tu wielkich, odkrytych przestrzeni, jak w Kenii czy Tanzanii, lecz ściana zieleni po obu stronach drogi. W Nazinga więcej słychać niż widać – łamanie gałęzi, ciężkie stąpania oraz inne dziwne odgłosy. Do tego nasze postoje, oglądanie tropów, nasłuchiwania. I wrażenie, że gdzieś tam, za kotarą z krzewów i drzew, coś patrzy i czyha… Napięcie bywa duże, zwłaszcza wtedy, kiedy tuż obok słyszymy dużego zwierza.

 

 
"NIC SIE NIE STAŁO, BURKINA FASO, NIC SIE NIE STAŁO..."
Na miejskim boisku w Bobo Dioulasso zapał piłkarzy nie gaśnie wraz z zachodzącym słońcem.
 

OAZA ZIELENI, NIE TYLKO DLA LENI

 

Burkina Faso nie ma dostępu do morza, zatem o plaży i bryzie znad oceanu możemy jedynie pomarzyć. W poszukiwaniach miejsca, które spełniałoby warunki rozkosznego lenistwa, pomoże rejon Banfory. To idealna baza wypadowa w okolice, które zielenią się tropikalną roślinnością i skrzą kaskadami wody. Głównym celem wypraw poza miasto są wodospady o wdzięcznej nazwie Karfiguela. To typowe miejsce piknikowe, gdzie w środku tygodnia można znaleźć zaciszny zakątek na rozmyślanie. W weekendy zjeżdżają tu mieszkańcy Banfory i okolic, a czasami nawet wczasowicze z nieodległej metropolii – Bobo Dioulasso. Jest tłoczno, ale wodospady posiadają tyle kaskad, odnóg, oczek wodnych, że wszyscy jakoś się zmieszczą.
Komu znudzi się taki relaks, może wyrwać się stamtąd i po niecałym kwadransie wylądować w odmiennym środowisku. Prawie nie ma tam zieleni, woda gości jedynie w porze deszczowej, ale za to są niezwykłe formy skalne, przypominające olbrzymie kopuły. Wymarzone miejsce dla koneserów nietuzinkowych krajobrazów i miłośników amatorskiej wspinaczki. Domes de Fabedougou, bo o nich mowa, przypominają trochę australijskie sławne Bungle Bungles. Formacje skalne w Burkina Faso, w przeciwieństwie do tych z antypodów, są jednak prawie nieznane.
Jeszcze jednym wyjątkowym miejscem w tej części kraju jest jezioro Tengrela. Najlepiej popływać po nim łódką. Miarowe uderzenia wiosła w spokojną toń jeziora, sylwetki rybaków w skupieniu wyciągających sieci, krzyk czapli i pomrukiwania hipopotamów… Taki rejs będzie godnym zwieńczeniem pobytu w Burkina Faso.



wstecz
Podziel się!


Adres redakcji:
ul. Jaśkowa Dolina 17
80-252 Gdańsk
e-mail: redakcja@poznaj-swiat.pl
tel. 535 444 990

PRENUMERATA:
tel. 58 350 84 64

Wydawca:
Probier Leasing
sp. z o.o. sp. k.
Kowale Glazurowa 7
80-180 Gdańsk