Numer / Styczeń 2007

Jesteś tutaj: Strona głównaNumer Styczeń 2007

Tekst:      Marek Pindral
Zdjęcia:  Marek Pindral

Na poddaszu świata

Ladakh. Inne Indie


Tagi: Marek Pindral , ZA DARMO , Azja , Indie , Ladakh , 2007 , Styczeń , Góry

Kiedy po niespełna dwugodzinnym locie z parnego Delhi wyjrzałem przez okno samolotu, mrowie ciarek przebiegło mi po plecach – pod nami białe kłębowisko chmur zaczęły przebijać swoimi ośnieżonymi szpikulcami Himalaje! Rozmowy w samolocie nagle przycichły, aż ustały zupełnie i można było w kościelnej wręcz ciszy łykać danie serwowane za oknem.

 

Po chwili i my pruliśmy pierzynę chmur, zniżając się coraz bardziej do szaroburego morza z zastygłymi w kamieniu falami. Mrużąc oczy, można już było w dolinie, daleko przed nami, dostrzec maleńkie plamki wiosek, nanizanych na nitkę Indusu i zielonego kleksa – Leh.

 

 
 
 
Na wzgórzu Namgayal rozsiadł się szesnastowieczny pałac z fortecą. Widok na Leh jest stąd przedni.
 
Sala modlitewna gompy w Diskit.

 

Uderzające...

 

Kiedy wystawiłem głowę z puszki samolotu i postawiłem swoje europejskie stopy na tamtejszej suchej glebie, uderzyły mnie dwie rzeczy – krystalicznie czyste i rześkie powietrze oraz... futryna, dzięki której już na lotnisku zaliczyłem swój pierwszy z całej serii guz. Trzeba wiedzieć, iż lud tamtejszy w większości sięgał mi do ramion i to mimo faktu, że sam zaliczam się do napoleońskiej kasty kurdupli! Wszystko tu zatem węższe i krótsze, a przez majestat gór pomniejszane jeszcze bardziej.
Ta górska kraina jest często nazywana Małym Tybetem ze względu na związki kulturowo-religijne ze swoim północnym sąsiadem, którego była kiedyś jednym z zachodnich królestw. Z grubsza rzecz ujmując, wschodnia część Ladakhu zasiedlona jest zatem głównie tymi, co to figurki Buddy sobie stawiają (lamaizm, który z czasem wyparł starą religię tego obszaru – bon-po), a zachodnia tymi, którym prorok zabronił podobnych form obrazkowo-posągowego kultu. Ci ostatni stanowią tu zresztą mniejszość i zamieszkują głównie Kargil i dolinę Suru.
Mimo iż jak to zwykle w Indiach bywa, miesza się tu wiele tradycji, najczęściej spotykanym widokiem są charakterystyczne białe gompy, przylepione do gór, i czorteny (stupy – rodzaj strzelistych kapliczek z bulwiastą podstawą, upamiętniających śmierć Buddy albo buddyjskiego świętego, czasami z jego relikwiami), bielą swoich ścian cudownie odbijające się od błękitu nieba.

 

 

W pigułce

 

Leh to w zasadzie Ladakh w pigułce: i meczecik się znajdzie, i stupy wszelakie (największą, Shanti, czyli „Pokój”, zbudowali miniaturowi Japończycy), i klasztor niejeden też tu przycupnął (polecam gompę Soma), a na wzgórzu Namgayal rozsiadł się księżycowych kształtów szesnastowieczny pałac z fortecą, dziś już opuszczony, bo wywodząca się z dynastii Gjalmo rodzina królewska przeprowadziła się do Stoku. A stąd już tylko dwa kroki do Namgyal Tsemo, starej, prawie sześćsetletniej gompy z pięknymi freskami i malowniczymi mnichami, z którymi można się łatwo dogadać w języku uśmiechów i pokłonów. Widok na Leh jest stąd przedni i chwila niezwykła, bo przygrywają nam rozmodlone i roztrzepotane na długich sznurach chorągiewki, których kolory symbolizują pięć żywiołów: żółte to ziemia, czerwone – ogień, niebieskie – niebo, białe – chmury, a zielone to woda.
Przy odrobinie szczęścia można też trafić w Leh na zawody łucznicze albo mecz polo i nie myślmy przy tym, że to ciągle jeszcze odbija się tu brytyjskie echo, bo jest dokładnie odwrotnie – to stara rozrywka tubylców, znana w Azji od niepamiętnych czasów, a pierwsza spisana relacja z meczu ma przeszło 2600 lat i pochodzi z Persji, skąd polo rozprzestrzeniło się stopniowo na wschód, docierając nawet do Japonii. Samą nazwę wywodzi się od rosnącego w Indiach drzewa pulu, z którego wykonana jest piłka, albo od słowa polo, oznaczającego w tybetańskim języku balti piłkę lub grę z piłką.
Zresztą Anglicy nie tylko polo im podkradli – to właśnie z Indii przywieźli zwyczaj picia herbaty z mlekiem, która pachnie tu dodatkowo kardamonem, goździkami, cynamonem. Próbowałem też niezwykle delikatnego naparu z dodatkiem krokusowego pyłku, czyli szafranu. Nirwana w gębie!

 

 
Wschodnia część Ladakhu zasiedlona jest głównie tymi, co to figurki Buddy sobie stawiają i młynkami modlitewnymi kręcą.
 
Po drodze morze gór uformowanych latami w najprzedziwniejsze kształty, dolin odsłaniających przekroje tych kamiennych molochów.
 
Przez krainę odwiecznych śniegów i lodowców, przez kamieniste pustkowia, coraz niżej i niżej.

 

Ryzyk-fizyk: jazda!

 

Warto też pobuszować po okolicy i odwiedzić piętnastowieczne gompy w Thiksey i Spituk. Z obu roztaczają się widoki, które wciskają oddech z powrotem do piersi, a w tej pierwszej przewierca nas wzrokiem dwupiętrowy, współczujący Budda Maitreja. Nie będą też żałowali ci, którzy w poszukiwaniu duchowych przybytków wyprawią się do Tsemo, Sanskar czy Tisseru.
Nie powinno się też żadną miarą pomijać doliny z rzekami Nubra i Shyok (choć w nazwie ta druga jest pomijana, ale miejmy nadzieję, że i ona doczeka się rehabilitacji w duchu poprawności kartograficznej). Trzeba przy tym bardzo uważać, żeby oczy nie wyskoczyły ze swoich orbit i nie zaczęły krążyć dookoła naszego skalpu, bo w to, co widzą, uwierzyć nie chcą – zaczyna się kolejna puja przez Himalaje bez ustanku tu odprawiana. Patrzysz w pionach i poziomach i chcesz te wszystkie cuda zapisać na kliszy swojej pamięci, choć na wszelki wypadek warto też i w aparacie. Pod górę i nieco w dół, a za chwilę jeszcze bardziej pod górę. W uszach świszczący wiatr, a pod kołami pierwsze śniegi. I w końcu najwyższa na świecie przejezdna przełęcz Kardung La (5602 m n.p.m.). Choćbym nie wiem, jak się pocił przy swoim słownym malarstwie pejzażowym, to nie będzie to nawet mikronowa cząstka tego, co nas tu czeka.
Po kolejnej kontroli przepustek i spisaniu naszych danych przez biegłą w swym biurokratycznym rzemiośle armię (która jest chyba najdziwniejszą armią świata, bo niejednemu mundurowemu wystają spod rękawów pomalowane paznokcie, pod czapką mierzwi się kępa ufarbowanych na pomarańczowo włosów, nie wspominając już o całym turbanowym bogactwie), zostajemy wreszcie puszczeni na podbój ich ziem. Warto po drodze westchnąć raz czy dwa do lokalnych duchów opiekuńczych, żeby na łeb nie spadł nam żaden kawałek góry, a nie daj Bóg wszelaki – cała ich lawina. Jeśli o stosownej modlitwie w owej intencji zapomnieć nam się zdarzy, to przypomną o niej z całą pewnością i siłą dosadną leżące na dnie przepaści zardzewiałe szkielety pojazdów podobnych jak dwie krople nieszczęścia do naszego. No cóż – ryzyk-fizyk, wóz albo przewóz! Nawiasem mówiąc, do dziś nierozstrzygniętą zagadką pozostaje dla mnie ten rozciągliwy stop metali, z którego wyklepane są owe lokalne czterokoły. Zmieścimy się w nich my z całym plecakowym majdanem, połowa populacji z mijanej po drodze wioski, wszystkie ciotki i wujkowie kierowcy, wskoczy mały mnich z wielkim tornistrem, choć na początku wydawało się nam, że dżip pomieści co najwyżej cztery, pięć osób!
Spieszyć się zresztą, nie ma co, bo po drodze i tak niejeden raz przytrzyma nas widok stad długowłosych kóz i jaków z ich jakże malowniczymi pasterzami czy pasterkami (twarze mają tak piękne, że mogłyby zdobić niejedną okładkę zachodniego żurnala, ale, niestety, wiatr, słońce, śnieg i inne atmosferyczne kosmetyki szybko pozbawiają je świeżości, choć nie urody – ta dalej przykuwa nasz wzrok mimo, iż są to już oblicza stwardniałe i poryte jak koryta wyschniętych rzek), albo zbieraczy chrustu czy trawy, zgiętych pod ich stertą, dźwiganą na plecach. A i na modę lokalną łypnąć też warto, bo dzielnie opiera się ona różnym parysko-mediolańskim trendom. Przyjrzyjmy się im zatem od stóp obutych w papu (buty z zawiniętymi czubkami) do głów zwieńczonych wysokimi, ciepłymi czapkami, perakami. I jeśli gdzieś na świecie można mówić o „haute couture”, czyli wysokim krawiectwie, to z całą pewnością tutaj, bo podobnie jak szkoły stoi ono na bardzo wysokim poziomie – średnio cztery tysiące metrów ponad poziomem morza.

 

 
Poczuj to pierwotne piękno, gdzie ani dróg, ani domów, ani niczego!
 
 
 
Pasterze ze swoimi stadami kóz i owiec przemieszczają się sobie tylko znanymi ścieżkami po tym odludziu, o którym sam Pan Bóg chyba zapomniał, a na którym człowiek oddycha chwilami piersią tak pełną, że ma ochotę krzyczeć ze szczęścia.

 

Nie grzesz – zwiedzaj!

 

Moim pierwszym przystankiem było Diskit, dość spora osada z przylepioną do gór pięćsetletnią gompą i niezwykłym jak na takie wysokości mikroklimatem, dzięki któremu można było pałaszować rosnące w sadzie naszego gospodarza śliwki, a zdarzają się tu też brzoskwinie, jabłka, a nawet orzechy! Miło było złożyć swoje umęczone kości pod bambusowym dachem.
Z Diskit warto się wybrać na... pustynię. Aż do położonego w oazie zieleni Hunder ciągnie się tu jezioro piachu, pofalowanego w wydmy o wymyślnych kształtach, które na tle majaczących w oddali ośnieżonych szczytów wyglądają jak fotomontaż artysty o rozumie niezbyt spełna. I wszystko to wśród pionowych chwilami ścian rozległej doliny, przez co czuje się tu człowiek jak na głębokiej patelni i jeśli nie chce być na niej usmażonym, o czym przekonałem się na własnej (dosłownie!) skórze, to trzeba się szczelnie okryć od czubka swej po polsku bladej twarzy aż do końcówek dolnych kończyn.
Grzechem skutkującym reinkarnacją w postaci najobrzydliwszego robaka byłoby pominięcie innych osad doliny! Warto zerwać się wcześnie i przeprawić się na drugą stronę Shyoku, zatrzymując choćby w Sumur. Powiedzą wam, że trzeba tam zobaczyć gompę Samster, ale szepnę też na ucho, abyście nie gardzili i pomniejszymi przybytkami, gdzie estetycznie i duchowo (a czasem i w sensie jak najbardziej jelitowym) posilić się można.
Taka właśnie mieszanka, z przyprawą jakże smacznej bezinteresowności, czekała na mnie w niepozornej i, niech język mój szczerze to wyzna, zaniedbanej i o pomstę do murarskiego nieba wołającej gompie Tegar. Minąłbym ją bez dwóch zdań (stoi nieco na uboczu i jest tak biedna, że młynki modlitewne w murze przy wejściu zrobione były z puszek po konserwach!), gdyby nie odbijające się cudowną bielą od brązu skóry uśmiechy wieśniaczek. Korzystając z zaproszenia, zaszedłem od podwórza i stąpając po wiekowych, trzeszczących niemiłosiernie schodach, wprowadzony zostałem do ciemnawego pomieszczenia, oświetlonego jedynie (z braku elektryki) małym, skąpym okienkiem.
Kiedy oczy przyzwyczaiły się już do tej reglamentacji słonecznego blasku, stwierdziły z rozbawieniem, że te białe punkciki, krążące po izbie parami, to oczy przeuroczych czarnowłosych gospodyń, z których jedne zajmowały się, siedząc bezpośrednio na klepisku, podsycaniem ognia na palenisku z epoki chyba łupanej, inne przebierały groch wysypujący się z plecionych koszy, a jeszcze inne ugniatały mączne placki (o wiele grubsze niż tradycyjne hinduskie czapati). Mimo ścisku, potęgowanego jeszcze grubością ich brązowych spódnic do ziemi, serdaków i barwnych chust oplatających ramiona i zwisających do pasa, robota szła bardzo sprawnie, zakłócana jedynie, choć za pozwoleniem, trzaskaniem mojego aparatu. Z owej kuchennej izby, w towarzystwie ust wielu od ucha do ucha roześmianych, poprowadzony zostałem potem do długiej sali, w której siedziało kilku pomarszczonych mężczyzn zajętych szyciem i lepieniem w glinie, a w jej drugiej, obwieszonej tankami części zaczęli powoli gromadzić się mnisi na swoje modlitwy.
Niezmiernie miło w tak upalny dzień posiedzieć sobie w przyjemnym chłodzie i dać się otoczyć gardłowym, niespiesznym i niebywale kojącym buddyjskim mantrom. Prawdziwym przebojem, że się tak wyrażę, a mam też nadzieję, że nikogo przy tym nie urażę, jest tu „Om mani padme hum”, dająca wielkie pole manewru interpretacyjnego mantra, która dosłownie znaczy „klejnot jest osadzony w lotosie”, przy czym ów „klejnot” symbolizuje osobowość mówiącego, a „lotos” – wszechbyt. „Om” to także święta inwokacja hinduistów (bardzo zresztą nielicznych w tej części Indii), dla których jest zarodkiem każdej mantry i każdego poznania.
Muszę się tu przyznać, że im więcej poznaję mantr, tym mniejszą ochotę mam na ich tłumaczenie. Wolę po prostu poddać się tym dźwiękowym wibracjom z całym dobrodziejstwem ich uspokająco-oczyszczającego inwentarza. Są przecież, jak wiele innych fizycznych czynności w wielu innych tradycjach, jedynie podprowadzaniem nas pod drogowskaz, za którym kończy się wiedza, a zaczyna wiara. A wierzymy przecież na tysiące sposobów! Ową mozaikę jakże trafnie złożył kiedyś za pomocą jednego zdania Herman Hesse: „Kiedy Bóg wyraża się inaczej w Hindusach i Chińczykach niż w Grekach, nie stanowi to wcale braku, lecz bogactwo”. Ów Bóg, rzecz jasna, jest tu rodzajem myślowego skrótu, jeśli mogę się tak wyrazić.
Wróćmy jednak na ziemię, czy też dokładniej – na mocno już wytarte deski owego świętego przybytku. Moje oczy zamieniły się w prawdziwe iskierki, kiedy na sali pojawiły się znajome gosposie z cieplutkimi plackami i pysznym, słodkawym twarogiem na ich szczycie. I nawet braciszkowie łypali na kuszącą zawartość blaszanych talerzy, które po chwili stały już przed każdym z nas. A na dodatek jeszcze dzbany z parującym czajem! Choć muszę tu przestrzec, że dodatek masła zamienia smak owej herbaty na słonawy, co na początku może być nieprzyjemnym zaskoczeniem, ale potem przełyk już nie protestuje.

 

 
Kiedy Bóg wyraża się inaczej w Hindusach i Chińczykach niż w Grekach, nie stanowi to wcale braku, lecz bogactwo.
 
Przyjmą cię do białych jurt, które wyglądają jak kapelusze gigantycznych grzybów.
 
 

 

Wysoce radośnie

 

Tak ugoszczonym będąc, można ruszyć dalej jeszcze w głąb doliny, do jej ostatniego dostępnego dla cudzoziemców miejsca.
W wiosce Panamik czekają na nas, oprócz bajecznych, jak wszędzie, landszaftów – gorące, siarczane źródła. I to gorące naprawdę! To nie żadna ciepła zupka sącząca się ze skał, tylko autentyczny ukrop. Tubylcy robią tam nawet przepierki i urządzają sobie kąpiele. W takiej łazience móc się popluskać to rzeczywiście wysoce (3183 metry n.p.m.) radosne doznanie.
A wyprawa na południe Ladakhu to też rzecz nie do zapomnienia!
Mijamy po prawej szczyt Kangyadze (6400 m n.p.m.) i zaczyna się wdrapywanie na przełęcz Taglang (5328 m n.p.m.). Po drodze morze gór uformowanych latami w najprzedziwniejsze kształty, dolin odsłaniających przekroje tych kamiennych molochów z pasiasto ułożonymi, wielobarwnymi warstwami minerałów i wodospadów dziko rozbryzgujących się w dole. Noc w takim miejscu to prawdziwe rekolekcje, którym przewodzi księżyc ekumenista, rzucający prawdziwie platońskie cienie i po buddyjsku odbijający swoją srebrną twarz w ukrytych wśród skał jeziorach. I jak się dobrze przypatrzeć, to widać, z jakim pobłażaniem spogląda na naszą ziemską szamotaninę, wyszeptując koraniczną mądrość, że przecież nie mamy władzy, by przełamać granice niebios i ziemi.
Za kolejną imponującą przełęczą (Lachlung – 5060 m n.p.m.) coraz częściej napotkać już można pasterzy ze swoimi stadami kóz i owiec, którzy przemieszczają się sobie tylko znanymi ścieżkami po tym odludziu, o którym sam Pan Bóg chyba zapomniał, a na którym człowiek oddycha chwilami piersią tak pełną, że ma ochotę krzyczeć ze szczęścia. I krzycz sobie, człowieku, do woli, bo komu to przeszkadza?! Wykrzycz tłumione w swoich smrodliwych miastach instynkty, poczuj to pierwotne piękno, gdzie ani dróg, ani domów, ani niczego! I jak się już do nieprzytomności swym szczęściem upijesz, to w gościnę przyjmą cię do białych jurt, które wyglądają z góry jak kapelusze gigantycznych grzybów, zbite w kępę na wielkim kamiennym polu. Wewnątrz i wyśpisz się, i najesz bez problemów.
I tak, przemierzając tę krainę odwiecznych śniegów i lodowców, coraz niżej i niżej, przez kamieniste pustkowia, coraz niżej i niżej, wśród pastwisk i tarasowych poletek, niżej i niżej... zaczniemy mijać coraz więcej krzewów i drzew czepiających się skał, aż dotrzemy wreszcie do Himachal Pradesh, takich tutejszych Bieszczadów, tylko pomnożonych razy kilka. Ale to już zupełnie inna bajka!



wstecz
Podziel się!


Adres redakcji:
ul. Jaśkowa Dolina 17
80-252 Gdańsk
e-mail: redakcja@poznaj-swiat.pl
tel. 535 444 990

PRENUMERATA:
tel. 58 350 84 64

Wydawca:
Probier Leasing
sp. z o.o. sp. k.
Kowale Glazurowa 7
80-180 Gdańsk