Numer / Wrzesień 2006

Jesteś tutaj: Strona głównaNumer Wrzesień 2006

Tekst:      Marzena Staniszewska

Narośla wojny

Laos. Sto lat bezradności?


Tagi: Marzena Staniszewska , Wrzesień , Azja , Laos , 2006 , ZA DARMO

Przeskakując, niczym zły omen, rozjechanego skorpiona, wchodzimy w bramę siedziby brytyjskiej fundacji MAG (Mines Advisory Group) koordynującej w Laosie usuwanie skutków bombardowania z okresu wojny wietnamskiej.
Mick Hayes - szef oddziału w Vientiane, na pytanie czy nie odrywamy go od zajęć, odpowiada pół żartem. „Pracy mamy tu jeszcze na sto lat, więc krótka przerwa nikomu nie zaszkodzi.”
W latach 1964-1973 Stany Zjednoczone Ameryki, w pięciuset osiemdziesięciu tysiącach nalotów, zrzuciły na Laos ponad dwa miliony ton bomb, czyli dwukrotnie więcej niż spadło na faszystowskie Niemcy w okresie drugiej wojny światowej. Zbombardowano piętnaście z osiemnastu prowincji Laosu, przy czym najdotkliwiej północną Xieng Khouang i południową Saravane. Ich terytoria pokrywały się bowiem z początkowym i końcowym odcinkiem, biegnącego wzdłuż wschodniej granicy, „szlaku Ho Chi Minha”, arterii, którą płynęły posiłki z północnego Wietnamu do południowego. W przeliczeniu na liczbę mieszkańców tego niewielkiego kraju, na Laotańczyków spadło najwięcej bomb w historii ludzkości.

 

 

Co dziewięć minut - bomby

 

Trudno wyobrazić sobie dramatyzm tamtych dziesięciu lat, kiedy bambusowe wioski i niewielkie miasteczka nękane były nieustannymi nalotami (statystycznie co dziewięć minut!). Śmiercionośna ulewa stali płynęła z nieba na maleńkie chaty, przerażonych wieśniaków, bosonogie dzieci, zwierzęta, małe pola i dżunglę. Ludność w popłochu wyemigrowała do miast, gdzie tworzono obozy dla uchodźców, ale cześć pozostała, ukrywając się latami w jaskiniach i tunelach. Wojna skończyła się trzydzieści lat temu. Na zgliszcza powrócili ludzie, odbudowali domy, ale koszmar nie minął. Tylko jedna trzecia zrzuconych na Laos bomb eksplodowała. Reszta pozostała w ziemi, w uśpieniu, w oczekiwaniu na ofiary, przypominając o swym istnieniu bezustannymi wypadkami, eksplozjami i śmiercią.
Ale trzydzieści lat, to wystarczająco długo, by zbratać się z niebezpieczeństwem i jeśli nie pogodzić z nim, to przynajmniej nauczyć się w nim żyć, a nawet czerpać korzyści. 
Prezes MAG, żegnając się z nami, z przyzwyczajenia poucza. „Proszę nie dotykać podejrzanego żelastwa, nie kopać, nie siadać, nie zapuszczać się w niewyraźne ścieżki.”

 

 
 
 
 
 

 

Śmierć tuż za rowem

 

Na skrzyżowaniu dróg, w niewielkiej wiosce, czekamy na autobus do Phonsavanh. Mijają nas mężczyźni na motocyklach, uzbrojeni w karabiny. Wkraczamy w tereny kontrolowane przez partyzantów z mniejszości Hmong.
Nadjeżdżają dwaj chłopcy na rowerach i mierzą do nas z bambusowych atrap karabinów. Nasza cierpliwość narażona zostaje na poważną próbę, ale w tej samej chwili pojawia się autobus. Wrzucamy plecaki i zaczynamy oddychać swobodniej.
Po godzinie jazdy zatrzymujemy się w polu. Panowie i panie kucają po przeciwnych stronach autobusu, ale z drogi nikt nie schodzi. „Przecież tam są niewypały”- tłumaczy pobłażliwie pomocnik kierowcy i spogląda czujnie dookoła, unosząc odbezpieczony karabin kałasznikow.

 

 

Leżą, stoją, straszą... śmieszą

 

Niewielkie miasteczko Phonsavanh, będące stolica prowincji, opanowała niezdrowa moda upiększania budynków i ogródków bombami. Mijamy bombowe płoty, stalowe ławki w restauracjach, huśtawki wspierające się na łuskach. Bomby leżą, stoją, straszą, śmieszą. To jakaś groteska.
W szpitalu ufundowanym przez rząd mongolski, lekarz opowiada, że w okolicy dochodzi do pięćdziesięciu wypadków rocznie. „Ofiarami są głównie dzieci i mężczyźni. O ile dzieci ulegają wypadkom z powodu niewiedzy, o tyle dorośli z braku wyobraźni.” Niewypały wykorzystuje się powszechnie jako materiał budowlany, oraz do produkcji narzędzi i sprzętu gospodarstwa domowego.
W wiosce Tha Chok trafiamy w koszmarne, a zarazem fascynujące złomowisko. Stalowe ploty otaczają domki na łuskach. Kwiatki rosną w pokrywach bomb klastrowych. Tych samych używa się do przechowywania ryżu, co skutecznie ma go chronić przed robactwem. Przy pordzewiałych łuskach z karmą krząta się drób i trzoda. Na krytych strzechą dachach zwisają pociski moździerzowe, swym ciężarem chroniąc je przed huraganem. W ogródkach, przy olbrzymich bombach bawią się dzieci, obwieszone amuletami z piór, kamieni i kłów. Czy maja je uchronić od eksplozji? Bomby stoją na sztorc, leżą, służąc jako ławki i schodki, podpierają lady sklepów. Strzelają w niebo drewniane gołębniki na potężnych stalowych palach. Wszystkie niemal konstrukcje wspierają się na łuskach.
Podążamy za odgłosem młota i kowadła. W malej drewnianej szopie pracuje kowal. Właśnie wykuwa siekierki z wojennego złomu. Wszystkie okoliczne noże, sierpy, szpadle a nawet łyżki wykonuje się z tego materiału. Kowale zbierają złom sami. Czasem kupują od rolników. Rozsądniejsi używają materiałów, które eksplodowały. Inni są mniej ostrożni, zanadto ufni w swe doświadczenie i szczęście. Bywa ze próbują wytopić całą bombę w piecu. Bywa więc, że tracą życie, czasem wzrok ręce lub nogi.

 

 

 

Mijamy gromady nastolatków wracających z pola. Nie chodzą do szkoły, pracują na roli. Ale kopanie ziemi należy do najbardziej ryzykownych czynności.

 

Problemy, z którymi boryka się Laos, wydają się niedostatecznie poruszać społeczność międzynarodową. O ile stosowanie min lądowych, broni chemicznej czy biologicznej spotyka się ze sprzeciwami, o tyle tragiczne, długotrwałe efekty oddziaływania bombardowania na środowisko i społeczność zdają się nie przyciągać uwagi w wystarczającym stopniu.

I dlatego właśnie złom wojenny bezkarnie zbiera żniwo przeszło stu wypadków rocznie. Śmiercionośnych zapasów wystarczy jeszcze

na co najmniej kolejnych sto lat!

 

Stany Zjednoczone mają dziś swój udział  w oczyszczaniu Laosu z dziedzictwa wojny.

Przez dziewięć ostatnich lat wsparły je darowizną trzech milionów dolarów.

Dla porównania: jeden dzień bombardowania Laosu kosztował Stany średnio dwa miliony.

 

Zgubna siła pokusy

 

Nie powstrzymują tragiczne wypadki, ani tym bardziej oficjalny zakaz używania powojennego złomu. Tania, łatwo, choć nie bez ryzyka dostępna, ale wyjątkowo mocna i trwała stal, jest przecież dobrodziejstwem na ubogich terenach, których rozwój skutecznie nadmiar tegoż samego „bogactwa” hamuje. Budowę nowych obiektów, rozszerzanie pól uprawnych, czy wytyczanie dróg poprzedzić musi żmudny i kosztowny proces oczyszczania gruntów z niewypałów. Wciąż liczni rolnicy próbują oczyszczać pola samodzielnie. Niektórym szczęście sprzyja. Bouavanh Maneevong, po pierwszych zbiorach w 1994 r., oprowadzał rodzinę po oczyszczonym z sukcesem poletku, opowiadając z dumą o swych doświadczeniach. Kiedy ostrożnie uniósł kamień, demonstrując zasady bezpiecznego działania, ze zdumieniem zauważył, że trzyma w reku niewielką, przeoczoną wówczas bombę.
W prowincji Xieng Khouang, wielu wieśniaków wierzy, że "bomblet" (mała przeciwpiechotna bomba, stanowiąca część składową bomb klastrowych) może być przesunięty bezpiecznie, jeśli jest podnoszony i niesiony bez zmiany kierunku i gwałtownego ruchu. Wielu też hołduje przekonaniu, że skorodowane niewypały są bezpieczniejsze. Żeby przyspieszyć rozkład, wrzuca się je do wody, wypełnia sola, lub nawet uryna. W rzeczywistości jednak korozja zwiększa prawdopodobieństwo eksplozji.

 

 

Żyje? No to ekspert!

 

Bywa, że mężczyźni konkurują w swoistym wyścigu umiejętności w rozbrajaniu niewypałów. Paradoksalnie, to śmierć konkurentów nadaje zwycięzcy status eksperta, jako że ten wciąż pozostaje przy życiu. Nie dziwią zatem statystyki wskazujące, iż osiemdziesiąt procent ofiar eksplozji stanowią  mężczyźni, a ponad czterdzieści procent wypadków jest wynikiem świadomego kontaktu z niewypałami.
W mieście Saravane mnisi znaleźli tonowa bombę. Przetoczyli ja i zepchnęli do wielkiego dołu, by odsunąć niebezpieczeństwo od świątyni i swoich siedzib.
W ciągu dwudziestu pierwszych lat po wojnie zanotowano jedenaście tysięcy wypadków. 

 

 

Szczęście kalectwa.

 

Zaglądamy do szopy, w której starszy mężczyzna rąbie drewno na łusce. Kilkuletni wnuczek chowa się za dziadkiem. 

Zdajemy się budzić w nim większe przerażenie, niż w nas ciężka siekiera spadająca z impetem na pocisk. Mężczyzna przerywa pracę i wprowadza nas na chwilę do ciemnego domu. W kuchni stoi piec wykonany z powojennych odpadów. Małe bomby zamieniono w lampki oliwne i pojemniczki. Na drewnianej polce leżą sztućce i talerze o niebudzącym wątpliwości pochodzeniu. Mężczyzna unosi nóż informując, że kosztował tysiąc kipów (0,1 USD). W Vientiane za podobny trzeba zapłacić dwa razy więcej. Gospodarz demonstruje ostrze, goląc bez trudności włosy na przedramieniu. „Good” mówi, dodając na migi, że nie trzeba go często ostrzyć.
Na jednej z bocznych dróg mijamy gromady nastolatków wracających z pola. Nie chodzą do szkoły, pracują na roli. Ale kopanie ziemi, obok rozpalania ognisk, należy do najbardziej ryzykownych czynności. Nietrudno trafić niewypał. 
Najgorsze są bomblety, rozsypujące się podczas eksplozji w drobne metalowe odłamki. Rażą w promieniu stu pięćdziesięciu metrów z siłą pocisku. Niektóre zawierają komponenty, zapalające się na rażonych pojazdach, budynkach i ludziach. 
To właśnie bomblety, niewiele większe od piłki tenisowej, często w atrakcyjnym jaskrawym kolorze, przyciągają uwagę dzieci. Wygrzebywane z ziemi „zabawki” zamieniają się w śmiercionośne narzędzia. Niekiedy wybuchają natychmiast po dotknięciu a częściej po kilku rzutach, czy kopnięciach. Dzieci najbliższe miejsca eksplozji zazwyczaj  giną na miejscu, inne tracą palce, wzrok, czy kończyny. 
Do dzieci właśnie adresuje się większość akcji edukacyjnych. W szkołach, nierzadko pobudowanych na palach z łusek, przeprowadza się pogadanki, demonstrując działanie niewypałów na kukłach i ucząc piosenek wpajających świadomość zagrożenia oraz podstawowe zasady ostrożności. Cóż z tego, kiedy znalazłszy nieznany metalowy przedmiot, dzieci natychmiast zaczynają się nim bawić, zapominając o ostrzeżeniach. 
Chanh i jego młodszy brat Thoy, wykopali z pola błyszczący, cylindryczny przedmiot. Nieświadomi, że był to czuły zapalnik łuski artyleryjskiej, zaczęli rzucać nim, jak piłka. Eksplodował w rekach Thoya, rozrywając mu palce. Drobne ułamki metalu, w które rozsypał się zapalnik, pokryły ich dziesiątkami blizn. Mieli wiele szczęścia. Trzy lata po ich wypadku, bomblet o rozmiarach niewiele większych niż pięść, zabił na miejscu siedmioro dzieci, kilkoro innych ciężko raniąc.

 

 

Kowal po szkodzie

 

Ekipa saperska wyjeżdża do wioski, gdzie rozbrajać będzie tereny przeznaczone na pola uprawne. Zlokalizowano tam dwie kilkutonowe bomby. Przygotowania do takiej akcji trwają długo. Najważniejszą sprawą jest ewakuacja ludzi i zwierząt i właściwe zabezpieczenie terenu. Tego typu akcje zapowiada się na długo przed jej rozpoczęciem. Nie można jednak wykluczyć, że mimo ostrzeżeń, ktoś wejdzie w strefę zagrożenia. Nie da się przecież obstawić strażą całego terenu w promieniu dwóch kilometrów.
Nie wolno nam uczestniczyć w akcji, ale jej szef poleca odwiedzić młodego człowieka w pobliskiej wiosce. Jest w naszym wieku. Był kowalem i wrzucił bombę do pieca. Użył łuski, wierząc, że jest bezpieczna, bo usunął zapalnik. Wcześniej podgrzewał ją i ochładzał kilkakrotnie poza warsztatem. Wybuchła dopiero w piecu. Strącił lewą nogę i lewe przedramię.
Zakłada niebieski mundur, sprawnie zapinając guziki jedna ręką. Oprowadza po skromnym bambusowym domu. Teraz juz nie pracuje w warsztacie. Od czasu do czasu zatrudnia go MAG. Mają specjalny program dla ofiar wypadków.

 

 

Sto lat bezradności?

 

W autobusie do Luang Prabang poznajemy młodego Amerykanina. Żali się, że Laotańczycy nienawidzą jego rodaków. My tego nie zauważyliśmy, ale jeśli to prawda, trudno się chyba dziwić. Łatwiej byłoby zapomnieć tę wojnę, gdyby po prostu skończyła się trzydzieści lat temu. Ale ona przypomina wciąż o sobie setkami wypadków rocznie, w których dorośli i dzieci w najlepszym razie tracą jedynie ręce lub wzrok. Przypomina tysiącami bomb zalegających wszędzie, wiecznym zagrożeniem, niemożnością bezpiecznego wejścia do dżungli, która powinna przecież karmić i chronić. I bezradną świadomością, że nic tej sytuacji nie zmieni przez najbliższe sto, może nawet dwieście lat.



wstecz
Podziel się!


Adres redakcji:
ul. Jaśkowa Dolina 17
80-252 Gdańsk
e-mail: redakcja@poznaj-swiat.pl
tel. 535 444 990

PRENUMERATA:
tel. 58 350 84 64

Wydawca:
Probier Leasing
sp. z o.o. sp. k.
Kowale Glazurowa 7
80-180 Gdańsk