Teksty autora Sławomir Kozdraś

Jesteś tutaj: Strona głównaAutorzyTeksty autora

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Utopia a la Brazylia

    Jak opowiedzieć o współczesnej Brazylii bez oczywistych odwołań do złotych plaż, bossa novy, piłki nożnej i brutalnych gangów? Naocznym świadkiem, a zarazem odzwierciedleniem ostatnich 60 lat historii największego państwa Ameryki Południowej, jest unikatowa architektura giganta modernizmu – Oscara Niemeyera. Czysta forma jego budynków to płótno, na którym wypisane są zarówno marzenia o utopijnym społeczeństwie Brazylii, jaki i socjoekonomiczna rzeczywistość często odbiegająca od ideału.

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Afroameryka - drugie spotkanie kontynentów

    Piętnaście milionów lat temu Afryka i Ameryka Południowa były częścią jednego kontynentu. Brazylia łączyła się z zachodnim wybrzeżem Afryki. To, co widać gołym okiem, patrząc na kształt kontynentów, potwierdzają badania geologiczne i archeologiczne. Miliony lat później splot dziejów i portugalskie statki wiozące niewolników znów połączą te dwa kontynenty – wprawdzie nie geograficznie, ale z pewnością duchowo.

     

    Historia współczesnej Brazylii zaczęła się w XVI wieku. Oficjalnie – 23 kwietnia 1500 roku. To wtedy Pedro Álvares Cabral i jego załoga wylądowali na wybrzeżu, w dzisiejszym stanie Bahia. Na brzegu podjęli ich wodzowie miejscowych plemion. Pierwsze spotkanie tubylców i przybyszów z Nowego Świata przebiegło nad wyraz pokojowo. Minęło ponad trzydzieści lat, zanim Portugalczycy podjęli się kolonizacji, zaczynając od małej osady na bajkowej wyspie Morro de São Paulo.

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Europejska stolica niejednej kultury

    Marsylia to Europejska Stolica Kultury 2013 roku. Wybór może nie dziwić, zważywszy że to największe miasto na Lazurowym Wybrzeżu, słynące z joie de vivre, festiwali, celebrytów i słynnych artystów. Nieopodal ciągną się niebywale romantyczne pola lawendowe i zaczynają winnice. Ale Marsylia to znacznie więcej.

    Przed wyjazdem pytam o Marsylię zaprzyjaźnioną Francuzkę, której rodzina stamtąd się wywodzi. – Jedziesz do Marsylii? Uuu! Z aparatem?! Uważaj! Pierwsza reakcja nie napawa optymizmem. Dalej jest tylko gorzej. – Marsylia to wszystkie grzechy miasta portowego: przemytnicy, prostytucja, gangi, narkotyki, nielegalna imigracja – kontynuuje moja rozmówczyni. – To miasto jest powodem, dla którego we Francji tak silna jest radykalna prawica. To miejsce ciągłej walki rodowitych, białych Francuzów i imigrantów z Afryki Północnej i subsaharyjskiej. Te grupy nie dogadują się, więc uważaj. Uśmiech na dobre znika z mojej twarzy. Pytam, jak to możliwe, zważywszy na bliskość Monako, Cannes czy Nicei, miast symboli blichtru i błyszczącego piękna. – Marsylia to port – brzmi odpowiedź.

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Trzy godziny: niebieski

    Jodhpur – niebieskie miasto. Intensywnie niebieskie niczym morze, i równie rozległe. Jak okiem sięgnąć, niemal każdy dom mieni się w słońcu żywym błękitem.

    Cisza. Nie słychać nikogo ani niczego. Totalna, niczym niezakłócona cisza. Po raz pierwszy od tygodni nic nie wali w bębenki. Po raz pierwszy w Indiach usłyszeć można własne myśli. Jest szósta rano i słońce jeszcze nie wstało nad Jodhpurem.
    Na podłodze w holu, na materacu, śpi właściciel hostelu. Wychodzę na zewnątrz budynku i wąskim przesmykiem ruszam w kierunku ulicy. Jeszcze tylko przejście nad otwartym, nieruchomym o tej porze ściekiem i jestem w mieście. Cisza.

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Ulubiony kraj Boga

    Mieszkańcy Kerali twierdzą, że to ulubiony kraj Boga. Trudno się z nimi spierać – boskie jest tu wszystko. Od niebiańskiego relaksu na łodziach, przez nieziemską kuchnię, po teatr bogów. Wybaczyć więc im można, że zazdrośni o swój raj, robią na drogach wszystko, aby pozostałych użytkowników wysłać na inny świat. Żylaste nogi chodzą w napięciu, po dwa kroki w tę i z powrotem. Obok faluje na wietrze rąbek karmazynowego sari. Hipnotyzująca regularność rozgrywającej się sceny sprawia, że z trudem walczę z sennością. Przed słońcem chroni mnie dach z trzciny. Głowa mi leci. O mało nie spadam z plastikowego krzesełka do błękitnej wody. Jest południe na nieruchomym jeziorze Vembanad. Ciszę mąci plusk kija, którym kapitan odpycha łódź niczym wenecki gondolier. Na szczęście nie śpiewa.

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    W świecie Morskich Cyganów

    Mabul to łezka piasku i rozłożystych palm, oblana tropikalnym akwarium pod nazwą morze Celebes. To zachody słońca, różowe jak orchidee na bliskim Borneo. To piasek, drobny i delikatny niczym mąka. I woda, o bogactwie barw i życia, której nie dorównuje żaden akwen świata.

    Żeby tu dotrzeć, trzeba wsiąść do łodzi w Sempornie, na południu malezyjskiego Borneo. To miasto jakich wiele – z rynkiem, kilkoma ulicami, straganami, świątynią. Ciężko mówić o atrakcjach turystycznych. Mimo to co roku ściąga tu rzesza podekscytowanych, fanatycznych turystów – Anglików, Holendrów, Niemców, Australijczyków. Wykorzystują oni cały roczny przydział swoich urlopów, aby spędzić go w portowej Sempornie na krańcu świata. Każdy przyjeżdża w jednym celu – żeby zanurzyć się w legendarny podwodny świat Sipadan.

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Boska reduta

    Nazwa Malty pochodzi prawdopodobnie od greckiego słowa oznaczającego miód. Ta wyspa jest jednym z najpogodniejszych miejsc w Europie, słynącym z kąpieli słonecznych i turystyki rozrywkowej. Kraina miodem płynąca i słońcem paląca. Ale to tylko część historii.

     

    Malta to bezsprzecznie raj dla każdego fana wygrzewania się w słońcu. Niewiele miejsc w zasięgu tanich lotów z Polski kusi tak korzystną mieszanką upragnionego ciepła i głęboko niebieskiego morza. Wystarczy dorzucić światowej klasy nurkowiska oraz przystępne ceny i mamy receptę na raj turystyki masowej.
    Znudzonym produkcją witaminy D turystom Malta oferuje jednak znacznie więcej. To wyspiarskie państewko, trzy razy mniejsze niż najmniejsze polskie województwo, słynie również ze swej krwawej historii oraz religijnego ferworu mieszkańców.

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Lizbona jak malowana

    W tym melancholijnym i pięknym mieście w sposób niezwykły współgrają ze sobą życie uliczne i sztuka ulicy. W ramach projektu Crono zdezelowane budynki oddawane są pod spray największym gwiazdom wśród grafficiarzy.

     

     

     

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Przez wieś do gwiazd

    Niewiele jest miejsc w Europie, gdzie ruch uliczny tworzą nie tylko samochody, ale i stada owiec. Gdzie widać kolorowe ciężarówki pełne uli, parkujące tam, gdzie akurat zakwitły kwiaty. Gdzie o zachodzie chłopi kończą pracę i wracają na wozach do krytych strzechą domów. Gdzie ciężko o miejsce, z którego nie widać gór. A góry ciągną wzrok ku niebu. Może dlatego Rumunia jest też kolebką… lotów kosmicznych.

    Tradycyjna opowieść o Rumunii zaczyna się zwykle od legendarnej Transylwanii i krwiopijców czających się w ukrytych na wzgórzach zamkach. Ale dziś nie o tym. Po co nam mity, skoro rumuńska wieś to prawdziwa bajka. Po co o bladych stworach w trumnach, skoro można o bezkresie kosmosu.

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Fringe - na skraju

    Gdzie odbywa się największa impreza kulturalna świata? Ani w paradującym Nowym Jorku, ani w dudniącym sambą Rio de Janeiro, ani w rozpasanym Bangkoku. W kameralnym Edynburgu – mieście na skraju…

    Na północ od stolicy Szkocji są już tylko falujące wrzosowiska, wzgórza osnute stalowymi chmurami i zimne morze. Latem temperatura rzadko przekracza tu 20 stopni, a w nocy niepokojąco zbliża się do zera. Mimo to, rok w rok, w sierpniu (w tym roku od 3 do 27), miasto podwaja swoją populację do blisko miliona ludzi. A dzieje się tak za sprawą czterech tygodni festiwali, na które przybywają goście z całego świata. Największy z nich to Fringe, co dosłownie znaczy skraj.

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Pożegnanie z mięsem

    To tu wymyślono carpaccio – surową wołowinę krojoną w przezroczyste plastry. Także tu Szekspir ulokował akcję „Kupca weneckiego”, w którym kilogram mięsa odgrywa kluczową rolę. Karnawał, od łacińskiego carnemvale, znaczy pożegnanie z mięsem, czyli okres przed Wielkim Postem. W Wenecji od ponad 800 lat żegnają je z pompą.

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Była sobie stocznia

    Stocznia Gdańska to miejsce narodzin Solidarności. Dziś próżno szukać tu wolnościowej symboliki. Stosunek stoczniowców do przeszłości jest skomplikowany i daleki od sentymentalizmu. Istotniejsza jest teraźniejszość – konkurencja stoczni azjatyckich i brak polityki gospodarczej państwa przyczyniają się do utraty stabilizacji i płac poniżej oczekiwań. Dźwigi górujące nad Gdańskiem znikają, a szafki w szatniach pustoszeją.

     

     

     

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,

    Na wschodzie dużo zmian

    Niech nikogo nie zwiedzie nieoficjalny tytuł europejskiej stolicy startupów. Berlin Wschodni to nie Kalifornia. Smutno-szare bloki górują nad alejami zaprojektowanymi pod czołgi, a nie dla ludzi. Przestrzeń między zaniedbanymi kamienicami zagospodarowują squatersi. Wszechobecna degrengolada odpycha, a zarazem przyciąga dziwnym magnetyzmem. Brzydota przeszłości wydaje się być idealnym płótnem dla nowych pomysłów – od alternatywnych stylów życia po zaangażowaną sztukę.

    Lenin złowieszczo spogląda w przyszłość. To część Pomnika Żołnierzy Radzieckich upamiętniającego poległych w walkach o Berlin. Za budulec posłużył rzekomo marmur ze zburzonej rezydencji Hitlera.

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Angkor sceny z życia

    Wszyscy, którzy tu byli, są zgodni, że to jedno z najznakomitszych osiągnięć ludzkości. Nie ma natomiast zgody, ile czasu należy mu poświęcić. Para Australijczyków mówi mi, że na Angkor kilka godzin wystarczy. Anglicy twierdzą, że jeden dzień. Inni gotowi są tu spędzić tydzień. Decyzja zależy od tego, czy chce się poznać przyczyny poza efektem końcowym, rzeczywistość poza mitem, początek i środek historii, czy zaledwie nieuchronne zakończenie.

    Tuk-tuk pyrka rytmicznie. Siedzę tyłem do kierunku jazdy. Otwarta przyczepka kambodżańskich tuk-tuków, zwanych tutaj także remorkami, sprawia, że w trakcie jazdy kurz i pył szczypie w oczy. Jedziemy nie więcej niż 20-30 kilometrów na godzinę, mimo to co chwilę wyprzedzamy sznur innych remorków wiozących turystów.

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Zwiewny jak heavy metal

    Nieuchwytny jak ruda cegła, ulotny jak stalowy dźwig, efemeryczny jak dwustumetrowy prom, zwiewny jak heavy metal. Portowy Göteborg, drugie miasto Szwecji, to enigma. Zagadkę Göteborga zgłębiam jeszcze przed wyjazdem. Googluję zdjęcia z miasta i przyswajam bufet ujęć portu i eleganckiej architektury z żółtej cegły i drewna. Wstępne rozeznanie nasuwa wrażenie miasta schludnego i dostojnego, aczkolwiek niegrzeszącego intrygą czy wyjątkowymi atrakcjami. „Ładne i czyste”, mówi mi kolega, który niedawno spędził tam dzień czy dwa. Wymownie dorzuca pytanie, czy aby na pewno nie mogę zamiast do Göteborga pojechać do północnej Kiruny. Znajoma Szwedka mówi, że miasto jest ciekawe – podobno, bo nigdy nie była.

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Tylko w Kapsztadzie

    O czoło obijają mi się zasuszone łapy jakiegoś ptaszyska. Zrogowaciała skóra i czarne pazury z żółtawym osadem dyndają leniwie na sznurku. Niezidentyfikowane skóry miziają po plecach. Pytam, na co te pazury. – Na ochronę przed poronieniem i żeby dziecko było zdrowe – pada odpowiedź. No tak. – Nosi się je jako amulet. – Zagajam, że różowa maź w piersiówce po smirnoffie to pewnie na depresję. – Nie. To na niestrawność u noworodków. Jestem w blaszanym kontenerze, długim może na cztery metry i szerokim na dwa. Jest bardzo ciemno, choć to samo południe. Przytłumione, pojedyncze promienie światła wpadają przez jedyne wejście między skórami rozwieszonymi na zakratowanych drzwiach. W środku, od podłogi do sufitu piętrzą się półki pełne czaszek...

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Sycylijska Wielkanoc

    Sycylijczycy specjalizują się w propozycjach nie do odrzucenia. Dlatego nie mogłem odmówić Marco – rodowitemu Sycylijczykowi – gdy zaproponował spędzenie Wielkanocy w jego rodzimych stronach. Zaczęło się źle – na lotnisku w Rzymie wysiadł prąd i, o zgrozo, tysiące Włochów nie mogło wypić przed lotem espresso. Potem było tylko lepiej – podczas Wielkanocy na Sycylii nie brakuje absolutnie niczego. Kościół San Cataldo w Palermo. Budowla z XII wieku w stylu arabsko-normańskim zdradza bogatą i różnorodną historię wyspy. Dzisiaj to bardziej...

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Afrodyzjak

    Grenada nie leży w Hiszpanii. Nie ma tu Alhambry. Nie widać ośnieżonych szczytów. Nie tańczy się flamenco, nie jada tapas i raczej nie zamawia cervezy. Grenada nie jest nawet w Europie. To rzut kamieniem od Wenezueli i Barbadosu. Kulturowo coś między Lagos a Brooklynem. To najspokojniejsza i najgrzeczniejsza z karaibskich wysp – mówi Roger, trochę dumnie, trochę z nutą żalu. – Wiesz, ile mamy na wyspie klubów ze striptizem? Stary, zero! Ani jednego. Ale Trinidad i Barbados to inna historia. Tam się dzieje! Tutaj jesteśmy bardziej konserwatywni. Jest sobota i jedziemy wzdłuż zachodniego wybrzeża Grenady, ze stolicy St. Georg’s do Sauteurs na północy. Podróż z jednego końca wyspy na drugi to niecała godzina. Roger co chwilę trąbi, pozdrawiając mijanych znajomych. Nagle ostro hamuje i...

  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Wielkie hinduskie wesele

    Wesele w Indiach to starcie tradycji i pędu ku nowoczesności. Na czas zaślubin proza życia znika na parę dni za kolorytem bajkowych sari i hukiem bębnów. Choć ekstrawaganckie zaślubiny to uniwersalny fenomen, te indyjskie...

    cały artykuł w numerze 12.2016 na stronie nr 94
  • Tekst: Sławomir Kozdraś,
    Zdjęcia: Sławomir Kozdraś

    Imperium słońca

    W najdłuższe dni roku prawdziwej nocy nie ma. Słońce chowa się za horyzontem tylko na dwie godziny. Północ jest jak popołudnie, a poranek jak środek dnia. W czerwcu Islandia to imperium...

    cały artykuł w numerze 6.2017 na stronie nr 94

Adres redakcji:
ul. Jaśkowa Dolina 17
80-252 Gdańsk
e-mail: redakcja@poznaj-swiat.pl
tel. 535 444 990

PRENUMERATA:
tel. 58 350 84 64

Wydawca:
Probier Leasing
sp. z o.o. sp. k.
Kowale Glazurowa 7
80-180 Gdańsk