Teksty autora Wojciech Albiński

Jesteś tutaj: Strona głównaAutorzyTeksty autora

  • Tekst: Wojciech Albiński,

    Mafeking

    Klub Farmerów mieścił się w budynku z końca dziewiętnastego wieku. Kolonialna architektura, potęga, solidność i bogactwo. Nie było tu miejsca na cienkie ozdoby, strzeliste łuki czy wątłe kolumny zakończone rzeźbami. Ten rodzaj zdobnictwa zostawiano cudzoziemskim burdelio.
    Na ścianach zachowało się kilka portretów brytyjskich generałów i gubernatorów. Z dłońmi spoczywającymi na głowicach szabel, w tunikach obsypanych orderami, spokojnie patrzyli w przestrzeń, pewni wierności swoich oficerów i wagi sprawy, jakiej służą. Kilku portretów brakowało. Zastąpiono je malowidłami przedstawiającymi łańcuchy górskie, wodospady i tańczących wojowników w spódniczkach. W jednym miejscu kryształowy żyrandol zastąpiono skręconymi drutami i kołem od wozu ozdobionym żarówkami.

    cały artykuł w numerze 3.2012 na stronie nr 10
  • Tekst: Wojciech Albiński,

    Góra

    Skąd biali wiedzieli, że tam leży nasz stary cmentarz pobitewny?
    – Przecież biali prowadzą księgi, w których to musi być zapisane. Biali mieli strzelby, a my strzelaliśmy z łuków
    – odpowiedział Sipho. Obaj mężczyźni poruszali się z trudem, ostre kamienie raniły im stopy.
    Za ich plecami wznosiła się Góra. Wyglądała jakby kawałek Wysokiego Weldu potężne siły wyniosły pod niebo. Brzegi postrzępione, a dalej znów płaskowyż.
    Joseph przytakiwał. Choćby nawet nie zgadzał się z Sipho, najpierw wypadało przytaknąć. Teraz szli w kierunku township przeznaczonego dla czarnych. Proszono go, aby uzdrowił dziecko. Sipho wiedział, jakich należy użyć odczynów, jakich ziół i dlatego matka chorego wysłała po niego chłopaka z sąsiedztwa.

    cały artykuł w numerze 10.2012 na stronie nr 102
  • Tekst: Wojciech Albiński,

    Cash in transit

    Z zewnątrz ta galeria handlowa wyglądała jak bunkier. Szare ściany, betonowa konstrukcja, małe okna. Trzeba było przejść strzeżone drzwi, żeby znaleźć się w innym świecie. Trzy piętra krużganków i bulwarów, a na środku szeleszcząca fontanna. Panował tu gwar salonów, zapach kawy, syczenie ekspresów i muzyka poważna jako tło rozmów.
    Wystawa sklepu jubilerskiego przyciągała oczy. Łańcuszki, pierścionki, złote obrączki. Zgarbiony jubiler siedział tam zawsze z lupą przy oku, dla poszerzenia asortymentu oferował także szwajcarskie myśliwskie noże. Obok dwa banki. Nie było to dobre sąsiedztwo, mówiono, ale jubiler uważał, że banki umacniają ogólne bezpieczeństwo.

    cały artykuł w numerze 12.2011 na stronie nr 10
  • Tekst: Wojciech Albiński,

    Koniec wielkiego treku

    W Johannesburgu gangsterzy mają miękkie serca. W jednym wypadku człowiek ocalał, gdyż ten, który miał go zastrzelić był w jego wieku. W drugim, bo ofiara nie wychowała jeszcze trojga posiadanych dzieci. Ale nie we wszystkich przypadkach można liczyć, że tsotsi nie zadrży ręka albo nie chwyci go nagła złość. Albert wiedział o tym i dlatego unikał krążenia po południowych dzielnicach, a także po Soweto. Zwłaszcza z wyrazem twarzy człowieka zagubionego i szukającego drogi lub przyjeżdżającego z wielką regularnością w to samo miejsce.

    cały artykuł w numerze 1.2012 na stronie nr 12
  • Tekst: Wojciech Albiński,

    Trzciny

    Zatrzymali się na poboczu drogi. Albert trzasnął drzwiczkami i oparł się plecami o kabinę. Kenneth i Banana zostali w szoferce. W otwartej części wozu leżały instrumenty miernicze, łopata i dwie pary gumowego obuwia. Była to droga ubita, rzadko uczęszczana. Oddzielała uprawne pola farmerskie od nieużytków porośniętych trzcinami. Dalej kurz zacierał wzgórza na horyzoncie, i tam rozciągało się Soweto. Tysiące domków, których kuchnie dymiły, a przejeżdżające ulicami autobusy podnosiły szary pył.
    Kenneth i Banana siedzieli nieporuszeni, czekali. Obaj pochodzili z Zululandu i tam przeszli inicjacje, jakie przystoją, aby stać się Zulu-impi, czyli zuluskim wojownikiem. Umieli walczyć na maczety, dzidy i tarcze, ale tu, w okolicach Soweto, walczono na noże i rewolwery, tam o narzeczoną, albo pastwisko, tu o łup. Dlatego nie spieszyli się, by opuścić bezpieczne wnętrze samochodu i zapuścić się w trzciny.

    cały artykuł w numerze 10.2011 na stronie nr 28
  • Tekst: Wojciech Albiński,

    Piątkowy wieczór w Soweto

    Piątek. Piąta. Późno, bardzo późno... Aby uniknąć utknięcia pod światłami albo na skrzyżowaniu, każdy się spieszył. Chmury kurzu przesłoniły ebonitowe dachy domów, dwupasmowe jezdnie stały się za wąskie. Złościło to właścicieli Soweto-taxis i zmuszało do bardziej ryzykownej jazdy. Furgonetki wyprzedzały „na trzeciego” i wymuszały pierwszeństwo. Nikt z nimi nie dyskutował. To one najczęściej wypadały z asfaltu i opryskiwały błotem idących obok drogi. Przechodnie uciekali na pobocze, a często byli spychani do rowów.

    cały artykuł w numerze 11.2011 na stronie nr 10
  • PROZA
    Tekst: Wojciech Albiński,

    Msza za niepamięć

    Ksiądz Meyer siedział w kancelarii parafialnej. Był to pokój ciemny, rzadko wietrzony, na ścianach wisiały podobizny zasłużonych duchownych. Z foteli sypał się żółty proch, z doniczek wystawały martwe rośliny. Najlepiej trzymał się kaktus, każdego roku rodził kilka delikatnych szpilek. Obok kancelarii stał kościół. Biały, o konstrukcji strzelistej, górował nad okolicznymi domami. Była to jedna z zamożniejszych dzielnic Johannesburga, mieszkali tu urzędnicy, administratorzy spółek, inżynierowie. Z biegiem czasu wprowadzili się także włoscy przedsiębiorcy i portugalscy rzemieślnicy. Starym i nowym mieszkańcom coraz trudniej było zrywać się na poranne msze, ale na godzinę szóstą stawiali się tłumnie. W wyprasowanych ubraniach, pachnący lawendą, przychodzili prosto z basenów i kortów.

    cały artykuł w numerze 7.2011 na stronie nr 12
  • PROZA
    Tekst: Wojciech Albiński,

    Soweto - My love

    – Co robi Martin?
    – Zakochał się w pięknej Zulusce.

    Dwaj przyjaciele, obaj znacznie po pięćdziesiątce, spotkali się na lunchu w Klubie Przemysłowców. Obu cechowało umiarkowanie w ruchach i nabyta stateczność. Klub, wyłożony dywanami i boazerią, o tej porze trochę się ożywiał. Zjawiło się także kilku akcjonariuszy Towarzystwa Kopalnianego, jedni w towarzystwie pretensjonalnych żon, inni ponuro ciągnęli whisky wpatrzeni w holenderskie malowidło na ścianie. Gdy zbliżył się kelner, Roger i Simon zamówili różowe befsztyki, smażone ziemniaki w plasterkach i umiarkowane ilości czerwonego wina.

    cały artykuł w numerze 6.2011 na stronie nr 10
  • Proza
    Tekst: Wojciech Albiński,

    Eunice

    Trzasnęły drzwi na korytarzu prowadzącym z kuchni i wbiegła zadyszana Eunice.
    Muszę coś powiedzieć!
    Nie teraz – odprawiłem ją ruchem ręki.

    Jej czarna, okrągła twarz w białym otoczku i pałające zuluskie oczy zdradzały wielkie podniecenie. Posłusznie wycofała się. Było to wyjątkowo uroczyste przyjęcie przygotowywane od wielu tygodni. Jakość win i ich staranny wybór grały tu podstawową rolę, także sposób podania potraw i błysk sreber.
    Sześć osób siedziało przy stole, mężczyźni w ciemnych garniturach, architekt Francois Pienaar, pochodzący ze starej afrykanerskiej rodziny, jak zwykle przywdział wielką, fantazyjnie zawiązaną muszkę i marynarkę z bordowego aksamitu. Jego żona, Cerita, miała na sobie kilka „pieces” starej biżuterii. Lecz główną osobą był profesor Hurth, ekonomista i polityk. Chlubił się dorobkiem naukowym, szczególnie docenianym w sferach zbliżonych do rządu. Jak mało kto znał on wewnętrzne rozgrywki w państwach afrykańskich, słabostki ich prezydentów i trudne do prześledzenia powiązania rodzinne.

    cały artykuł w numerze 5.2011 na stronie nr 12
  • PROZA
    Tekst: Wojciech Albiński,

    SIOSTRY ŚWIĘTEJ DOKTRYNY

    Ten obyczaj noszenia sandałów powinny tu porzucić. Złe dla stóp. Z hotelowego tarasu obserwowałem cztery siostry zakonne maszerujące przez główny plac w mieście. Widziałem ich niewygodę i zaambarasowanie. Niełatwo jest, będąc młodą dziewczyną, znaleźć się w zupełnie nowym otoczeniu, nie odpowiadać na uśmiechy i łakome spojrzenia mężczyzn w kolorowych koszulkach. Usłyszałem, jak wymieniają między sobą kilka francuskich słów, przybyły więc z Belgii albo Francji. Były bardzo białe, taką biel produkuje tylko północna Europa. Za tydzień lub dwa słońce zrobi swoje i religieuses nabiorą rumieńców. Nauczą się bronić swojej cery kremami, ochraniać stopy. Dwie z sióstr wyglądały na chłopskie córki, powinny wiedzieć co nieco o higienie. Deszcze spadają tu z wielką regularnością, w błocie rodzi się wszelkiego rodzaju złośliwe życie, czepia nóg, wpełza między palce.

  • PROZA
    Tekst: Wojciech Albiński,

    WĘŻE SPADAJĄ Z NIEBA

    Albert wargami dotknął wierzchu własnej dłoni, krople potu nie były słone. Zaraz po dotarciu do obozu połknie dwie pastylki soli, inaczej opadną go senność i zmęczenie. Koszula idącego przed nim Murzyna pokryta była ciemnymi plamami. Tam, gdzie pot wysechł, widniały białe plamy. Powietrze było suche, w obozie czekała na nich woda. Wystarczyło tam dojść… Posuwali się wąską ścieżką przetartą przez dziką zwierzynę. Gdy ktoś przystanął, wiedzieli, otarł się o krzak nazywany „poczekaj”. Każda gałązka była obsypana białymi pazurkami z ostrą szpilką na końcu. Nawet przy lekkim muśnięciu pazurki wchodziły głęboko pod skórę. Należało wtedy przystanąć i wyjmować je bardzo powoli. Po dniu wędrówki ociekali krwią.

    cały artykuł w numerze 3.2011 na stronie nr 14
  • Proza
    Tekst: Wojciech Albiński,

    Kłamstwo za kłamstwo

    Godzina trzecia, upał, właśnie skończyła się nauka musztry na szkolnym boisku. Kilku chłopców biegło żółtą, piaszczystą drogą. Był pomiędzy nimi Paul Smit. Ubrani byli w krótkie spodnie, białe koszule i charakterystyczne dla tej szkoły krawaty z emblematem. Marynarki w kolorowe pasy dopełniały tradycyjnego uniformu. Skręcili w zarośla, wąską ścieżką dostali się nad brzeg do wpół wyschniętej rzeki. Ukryli się wśród przybrzeżnych głazów. Z drugiej strony dobiegły ich donośne głosy nadciągających czarnych dziewcząt. Na głowach niosły miednice pełne sukien, bielizny i kolorowych prześcieradeł. W kamiennych jeziorkach będą je prać, a potem suszyć na płaskich rozgrzanych kamieniach. Dziewczęta zrzuciły z siebie bluzki i spódnice, pokryły się mydlaną pianą i stały się białe. Chłopcy po drugiej stronie rzeki wpatrzyli się łapczywie. Dziewczęta miały zgrabne figury, duże piersi i zachowywały się swobodnie. Któryś z nich wystawił głowę, dostrzegły go. – Dlaczego się chowacie? – zawołały. – Podrapiecie się o krzaki! Chodźcie tutaj! Rozebrane dziewczęta zuchwale śmiały się z wypatrujących oczy chłopców i zachęcały, aby zamiast kryć się w krzakach, przeszli do nich na drugą stronę rzeki. Pierwszy Max de Villiers rzucił się do ucieczki.

  • Tekst: Wojciech Albiński,

    Głód w wiosce

    Wioska leżała pomiędzy górami. Nie prowadziła do niej żadna droga, żeby się tam dostać, trzeba było znać przesmyki górskie i ścieżki. Może to oddalenie, a może wojna dwóch pobliskich plemion spowodowały, że przestały do niej docierać karawany osiołków z mąką milipap i cynowymi garnkami. Od kilku dni nie pokazał się żaden wędrowiec.

    Ludzie czekali na skraju wsi na placu otoczonym chatami z różowej gliny. Aby zabić głód, żuli dzikie owoce. Zabłąkany springbok wpadł we wnyki. Na kilka dni wioska odżyła, a nawet słyszano muzykę.
    W drewnianej chacie, w której mieszkało kilkoro dzieci, zaszczekał pies. Był to ukochany towarzysz pięcioletniego chłopczyka, który go bronił i ukrywał. Matka pokazała mu wynędzniałą pierś i zapytała, czy z tej piersi wyciśnie się kroplę mleka? Czy mały Mpho woli, żeby mu umarł jego braciszek, czy ulubiony pies? Sąsiedzi poderżnęli gardło pieskowi i cała rodzina miała co jeść.

    cały artykuł w numerze 6.2012 na stronie nr 98
  • Tekst: Wojciech Albiński,

    Biała chusteczka

    Helen van Rooyen zdążyła nacisnąć „panic button”. We wszystkich okolicznych farmach rozległ się głos syreny. Farmerzy rzucili na stół widelce i noże, jednym haustem kończyli kubeczki z mleczną kawą. Alarm ogłoszono w całej okolicy.

    Do zagrożonej farmy ze wszystkich stron zbliżały się terenowe wozy, w każdym siedzieli uzbrojeni ludzie. Było już ciemno, busz rysował się wrogo. Kierowcy obawiali się zderzenia ze springbokiem. W każdej chwili zwierzę może wypaść z pobocza, wśród rozbitych kawałków przedniej szyby pojawią się dorodne rogi.
    Najtrudniejszą trasę miał do przebycia Martin van Zyl. W czasie burzy woda wymyła na wierzch grube korzenie przecinające drogę. Wpaść na nie z dużą prędkością oznaczało złamanie podwozia albo wyniesienie wozu w powietrze.

    cały artykuł w numerze 7.2012 na stronie nr 100

Adres redakcji:
ul. Jaśkowa Dolina 17
80-252 Gdańsk
e-mail: redakcja@poznaj-swiat.pl
tel. 535 444 990

PRENUMERATA:
tel. 58 350 84 64

Wydawca:
Probier Leasing
sp. z o.o. sp. k.
Kowale Glazurowa 7
80-180 Gdańsk