Miesięcznik Poznaj Świat
Numer 2007-03-01

Artykuł opublikowany w numerze 03.2007 na stronie nr. 10.

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Kapla,

Życie na wulkanie

Jawa

Czy można oswoić wulkan? To jakbyś pytał, czy można okiełzać kobietę. A przecież tylu próbuje, w nadziei, że im się uda...

 

O Jawie można powiedzieć, że jest ze snu, że tutejsze dziewczęta mają skórę żółtą jak Chinki, ale oczy duże i kształtne, a usta, o jakich Lara Croft mogłaby tylko pomarzyć. Można dodać, że jest tu największa budowla na południowej półkuli – tajemnicze buddyjskie sanktuarium Borobudur, że tutaj hinduiści zbudowali swoją perłę Prambanan, że żaglowce o smukłych kadłubach wyruszają stąd do najodleglejszych zakątków archipelagu, jakbyśmy mieli wiek XVI, a nie XXI.
Ale przede wszystkim Jawa jest...

 

 

...wyspą wulkanów.

 

Mają ich tutaj 121. Aż 35 wciąż jest czynnych. Niektóre trzęsą ziemią i wypluwają ze swego brzucha wrzącą skałę. Inne zwinęły się w kłębek w swoich kalderach i drzemią. Albo tylko udają. Od czasu do czasu wyplują z siebie pióropusz gazów na kilka kilometrów w górę. Albo pękną gdzieś z boku i rozleją się w kolorowe jeziora, na których związki siarki rysują szmaragdowe wzory.
Wulkany potrafią zabijać. Najsłynniejszy – Krakatau – ma na koncie ponad 36 tysięcy istnień. I choć nie znajduje się na Jawie, to zanim wybuchnął, znakomicie było go widać z zachodniego wybrzeża wyspy. W 1883 roku wyrzucił w niebo popioły na wysokość 80 kilometrów. Eksplozje słychać było w Australii, pył wulkaniczny padał jak deszcz z nieba przez trzy dni i w Dżakarcie na ulicach palono światła. To co nie opadło, porwały wiatry i poniosły dookoła świata. Chmura przewędrowała nad Ameryką Północną i Europą. Impresjoniści malowali czerwone zachody słońca, bo w wulkanicznych wyziewach Krakatau promienie słońca załamywały się tak, że całe niebo wydawało się płonąć. Pół wieku wcześniej na pobliskiej Sumatrze wystrzelił jeszcze potężniejszy wulkan – Góra Tambory'ego.
Wybuch Diengu był prawdopodobnie równie niszczycielski. Może nawet bardziej. Bo przecież rozerwało go na strzępy. Bo jego potrzaskana kaldera, czyli krawędź krateru, kreśli dziś owal o rozmiarach 14 na 6 kilometrów.
W porównaniu z tym pozostałości Krakatau to maleństwo, które jednak każdego dnia dosypuje kilka metrów do swego kopca. A któregoś dnia znowu będzie wielkie. I groźne.
Ale wulkany potrafią też dawać życie. Na popiołach wulkanów, na tufie, każde nasionko wypuszcza korzeń. Dlatego Jawajczycy nauczyli się z nimi żyć. Niektórzy nauczyli się mieszkać we wnętrzach wulkanów. I to nie tylko wygasłych. Bo Dieng śpi.
Przez szczeliny w skalnej skorupie, którą stała się jego kaldera, wypluwa siarkę albo lawę, parę albo wrzące błoto. Ale to tylko chrapanie.
Na skale leżą pokłady tufu. To najżyźniejsza ziemia na całej Jawie. I choć potrzaskany, Dieng wciąż ma 2090 metrów wysokości. Jest tu chłodniej niż na dole. Rosną nie tylko papaje, lecz także ziemniaki. A jeśli można założyć gdzieś poletko – Jawajczycy będą tam mieszkali. Choćby na wulkanie.
– Może nie obudzi się, jeśli będziemy chodzili na palcach – uśmiechają się, jeśli ich o to zapytać.

 

Tutejsze dziewczęta mają skórę żółtą jak Chinki, ale oczy duże i kształtne, a usta...

Dieng to nie tylko wulkan. To także miasteczko w jego kalderze.

Bepo zna...

 

Dieng to tylko trzy i pół godziny samochodem z Yogyakarty. Niegdyś to miasto było stolicą całej Jawy. Można się tu poczuć odrobinę jak w Krakowie. Yagyanie (czyt. dżogdżanie) mają własne zdanie o całej reszcie wyspiarzy. Także tych, co mieszkają w wulkanach.
– Pewnie dlatego nie ma z Yogya do Diengu żadnego local busu – podejrzewamy.
I nie przychodzi nam do głowy, że nawet wulkan po wybuchu to przecież spora góra. A górskie drogi na Jawie nie mają niczego wspólnego z „zakopianką”. Są tak wąskie, że autobusy się tam nie mieszczą.
Jeśli nie ma autobusu, zawsze można wynająć samochód. Najlepiej z miejscowym kierowcą, bo kosztuje to niewiele więcej, a rekompensuje brak dobrych map. Tubylec powinien znać drogę.
– Bepo zna drogę – uśmiecha się promiennie nieskazitelnie zwiewna panienka w zatłuszczonym biurze miejscowego tourist office.
– Skoro tak, to możemy jechać.
– Świetnie – cieszy się dziewczyna i wypisuje rachunek.
– Możemy jechać teraz? – precyzuje Roman.
– Tak, kiedy Bepo zje – uśmiecha się dziewczyna.
– Czy macie innych kierowców?
– Mamy. Ale to Bepo zna drogę.
Bepo. Miałem nadzieję, że to przezwisko. Po dwóch miesiącach w Indonezji niektóre słowa już znasz. Bepo znaczy „dziadek”. I to nie było przezwisko. Dziadek wyglądał, jakby pamiętał jeszcze wybuch Krakatau. I nie znał ani słowa po angielsku. Ale znał drogę.
A droga jest niezwykła. Wije się przez sam kręgosłup Jawy pomiędzy stożkami wulkanów, które tkwią w nim jak rekinie płetwy. Stożki w kształcie piramidy, stożki w kształcie trójkąta, stożki w kształcie stożka. Z przepięknymi kształtami gór Sundoro i Sumbing. Słońce zachodziło za jej pokryte lawą zbocza, a my zbliżaliśmy się do... restauracji.
– Buyaguyabuya? – zapytał. I na wszelki wypadek zwinął dłoń w sposób, jakby trzymał w niej banana i pokazał, jakby wsuwał go do ust.
– Kurza melodia, o co mu... – zdziwił się Roman.
– Pewnie głodny jest.
A Bepo jakby był telepatą – pomasował się po brzuchu.
– Restaurant? – zapytał Roman.
– Ya, ya – pokiwał głową.
I tak wylądowaliśmy w restauracji. Na ścianie wisiały lalki, które grały kiedyś w teatrze cieni. Wycięte ze skóry i niemalowane. Skoro to teatr cieni, to lalkom niepotrzebne kolory, prawda? Niby proste, a butiki na Jawie pełne są lalek we wszystkich kolorach tęczy. Oczywiście też „oryginalnych”.
Zjedliśmy rybę z grilla.
Roman – ikan kerapu, szarą potworzycę wielkości płotki z zębami jak pirania, Bepo – ikan kue, szaroniebieską smutną łanię o wielkich oczach, a ja – ikan baronang – zieloną rybę, przypominającą nieco okonia, który uderzył w ścianę, bo miała płaski pysk. Smakowała nieźle. Do tego sałatka gado-gado. I kiedy wyszliśmy z restauracji – na dworze szarzało.
Bepo ruszył szparko pod górę. A potem zaczęły się schody. Bo Bepo zaczął jechać mniej więcej pięć na godzinę, wpatrując się w drogę przed sobą jak sroka w gnat. A za oknem ciemno było jak w smole.
– Co tak wolno jedziemy? – Roman zaczynał się denerwować.
– I dlaczego jedziemy bez świateł?
– Bo dziadek jest ślepy jak wiewiórka! Każ mu stanąć.
– Awas – krzyczę – stój!
Dziadek tylko się uśmiecha tymi trzema zębami.
– Permisi – mówi – buyaguyabuya.
Łatwiej byłoby, gdybyśmy siedzieli z przodu. Można byłoby zaciągnąć dziadkowi ręczny. A tak...
Przypomniałem sobie Eli. Dziewczynę, którą spotkaliśmy w Carita, skąd płynie się na Krakatau. Jej muzułmańskie imię brzmiało „Światło Księżyca”. Jak to było w bahasa indonesia? Cahaya malan!
– Cahaya! – krzyczę.
– Ya, ya – Bepo włącza światła.
Hamulce piszczą jak oszalałe. To nie są nasze hamulce. Na szczęście gość z dżipa, który jechał w dół, miał dobry refleks. Jechaliśmy prawą stroną. Gdyby nie światła – zmiótłby nas jak nic.
Dieng to nie tylko wulkan. To także miasteczko w jego kalderze. A raczej kilka osad rozłożonych wzdłuż drogi, która prowadzi wokół kaldery.
Dojechaliśmy w środku nocy. Koło opustoszałych kramików targowiska siedział na schodach chłopak z długimi włosami powiązanymi w dredy. Nad nim bujała się żarówka. Światło ślizgało się po szyldzie „Hotel Bu Jono” Jalan Raya Dieng km 27. Dwadzieścia siedem kilometrów ze ślepym dziadkiem. Ufff.
– Jestem Suratno Ratno – uśmiechnął się chłopak z głową pełną dredów – welcome.

 

 

Spokój na wulkanie

 

Życie na wulkanie tchnie spokojem. Zaczyna się o piątej nad ranem pieśnią muezzina. Ciemno jest, kiedy budzi cię ta niezwykła pieśń o tym, że Allach jest wielki. I że to dobrze dla świata. A potem zaczynają skrzypieć kółka drewnianych wózków, ciągniętych przez tutejsze kobyłki. Wózki pełne pomidorów, ogórków, rambutanów, papai, mango, melonów, starfrutów i całej masy owoców, które w naszym języku nie mają jeszcze żadnej nazwy.
Potem słyszysz, jak Ratno otwiera okiennice i rozpala pod kuchnią kawałkami starych skrzynek. Drzew na Diengu sporo, ale rosną daleko, na krawędzi kaldery albo nad brzegiem jeziora. Skrzynek nie brakuje, jeśli człowiek mieszka tuż obok targowiska.
– Mówią, że u nas kiełkuje każde nasionko rzucone w glebę – wita nas kubkiem herbaty baaardzo imbirowej – ale najważniejsze są ziemniaki. Bo papaje mogą rosnąć wszędzie. Ziemniaki tylko tutaj.
Turyści przybywają do wulkanu na godzinną wycieczkę, w czasie której mogą zobaczyć najstarszą w Indonezji hinduistyczną świątynię Candi Arjuna i Candi Puntadewa, pochodzące z VII stulecia i mocno nadwątlone przez trzęsienia ziemi. W kraterze pozostało pięć kamiennych budowli w kształcie bram otoczonych łańcuchem i obiletowanych. Do tych odległych – jak Candi Bima – turyści nie jadą, bo nie ma tam drogi, tylko ścieżka. Jadą więc do Kawah Candradimuka, w którym gotuje się siarkowe błocko z chlupotem równie obrzydliwym jak zapach, który rozchodzi się wokół. Tablice stojące dookoła ostrzegają, żeby się tym dymem nie zaciągać, bo można omdleć. I osunąć się do środka. Tubylcy mają za nic te napisy, bo palą papierosy dla prawdziwych mężczyzn i zaciągają się po samą przeponę. Jeśli wystarczy czasu i ludzie mają dość sił, aby się trochę powspinać – zobaczą jeszcze zielone jezioro Telaga Warna o wodzie czystej jak łza. I pustej. Żadna ryba nie wzburzy ogonem jej toni. Żaden ptak tu nie usiądzie. Woda ma temperaturę bliską wrzenia. Czasami z wdzięcznym bulgotem wyrzuca w górę strumienie wody.
Żeby poczuć tętno wulkanu, trzeba tu trochę zostać. Popróbować miejscowej fasoli i papai, które rosną na zasiarczonej glebie. Pochwalić gospodarzy za to, że mają tłuste kurczaki, poprzedrzeźniać się z dzieciakami, które uczą się angielskiego w szkole i chętnie popróbują swoich możliwości, popatrzeć, jak wierni muzułmanie wywieszają wzdłuż drogi kolorowe flagi z okazji nadchodzącego ramadanu. Bo ramadan mija. a potem jest Idul Fitri, czyli Nowy Rok.
I pozwolić sobie na to, by pobłądzić nieco po tutejszych bezdrożach.

 

 

Nie budź wulkanu

 

Jeziora i kratery Diengu są monitorowane przez wulkanologów. Nie z powodu turystów, raczej żeby chronić zaawansowaną eksperymentalną instalację geotermalną, która opasuje cały teren swoimi ciepłociągami. I całe szczęście, bo nocami potrafi tu być chłodno.
Kiedy staliśmy nad siarkowym gejzerem strzelającym z krateru, wyglądał potulnie jak baranek.
– A przecież w ubiegłym stuleciu wybuchał trzynaście razy – przypominał Ratno. – Kiedy się tu sprowadziłem w 1993 roku, to ewakuowano wszystkich ludzi w promieniu kilometra.
Ostatni raz wybuchał w czerwcu 2005.
Widać tubylcy nie chodzili dość cicho. Wulkanu budzić nie wolno. Czuliśmy to drżenie kilka tygodni wcześniej na Krakatau, kiedy jego żar parzył nam stopy, a kawałki pumeksu wsypywały się do butów. Brodziliśmy po nim jak bociany w bagnie. Był tak gorący, że stopiły mi się podeszwy. I był czarny jak żużel. A nad głowami rozpalony do białości. Nie weszliśmy na krawędź. Bez butów i butli z tlenem byłoby to trudne. Kiedy wulkan się budzi, lepiej nie wchodzić mu w oczy.
Dieng jest inny. Delikatny i wilgotny. Chłodny i pachnący. Jest czwarta nad ranem. Idziemy na krawędź kaldery. Za Ratnem, a raczej za żółtym światełkiem jego latarki. Najpierw przez miasteczko obok meczetu, który śpi jeszcze w najlepsze, potem wiejską piaszczystą drogą, potem ścieżką wydeptaną na szerokość człowieka, a teraz po trawiastym stromym stoku. Kiedy staniemy na krawędzi kaldery, kilkaset metrów ponad doliną, słońce przebije się znad pięciu olbrzymich wulkanów. Kręgosłup Jawy. Jest jak ze snu.