Miesięcznik Poznaj Świat
Numer 2006-02-01

Artykuł opublikowany w numerze 02.2006 na stronie nr. 66.

Tekst i zdjęcia: Michał Książek,

A drogą jest rzeka

Północny rajd

Z Jakucka do Uriung Chai nad Indygirką jest ponad dwa tysiące kilometrów przez bezdroża, góry i lasotundrę. Doświadczony kierowca wiozącego zaopatrzenie kamaza czy urala potrafi przebyć tę odległość w cztery doby. Kolejne dwie śpi jak zabity. Ale wysiłek się opłaca. Ceny w sklepach za kołem podbiegunowym są nawet trzykrotnie wyższe od tych w stolicy republiki. Ten świetny biznes możliwy jest jednak tylko zimą, kiedy to temperatura spada poniżej 50 stopni Celsjusza. Wówczas równą jak asfalt taflą zamarzają rozległe mokradła, bagna i jeziora. Rzeki zamieniają się w autostrady, otwierając przed człowiekiem najbardziej niedostępne partie gór i tundry. W Jakucji rozpoczyna się pracowity dla kierowców ciężarówek sezon: sezon otwarcia dróg zimowych, czyli awtozimników.


W Jakucku nie jest trudno znaleźć ciężarówkę jadącą na północ. Spotyka się je w całym mieście, a najłatwiej zatrzymać na jego obrzeżach, przy przeprawie przez Lenę. Do dziś na wysokości Jakucka nie ma na rzece mostu, tak więc przeprawa to nic innego jak wyjeżdżony samochodami po zamarzniętej rzece szlak wiodący na drugi brzeg. „Mój” kierowca wybiera się aż do Uriung Chai nad Indygirką. Jest już koniec marca, czyli koniec sezonu zimowych dróg, a Alosza wybiera się w tę podróż piętnasty raz tej zimy.
– Wieziemy to, czego nie ma na północy – tłumaczy mi, przekrzykując panujący w kabinie hałas. – A tam nie ma niczego, więc wieziemy wszystko! – śmieje się, rycząc niezgorzej od kamazowego silnika.

 

 

Kamaz jak renifer

 

– My w Jakucji nie mamy dróg, ale mamy kamazy – objaśnia Alosza. – Kamaz jest jak renifer: w górach czy w tajdze, można nim wjechać wszędzie.
Nasz „renifer” ma dodatkowy bak, w którym wieziemy dziewięćset litrów benzyny. Choć to już koniec jakuckiej zimy, temperatura nad ranem spada nawet do minus 30 stopni Celsjusza. Jakakolwiek awaria związana z koniecznością naprawy, a więc i czekaniem, wymaga dodatkowej ilości paliwa. Nie sposób o tym nie myśleć, oglądając na mapie czekającą nas trasę: najpierw równiny słabo zaludnionej centralnej Jakucji, a potem już tylko pustkowia gór Suntar Chaja, Momskich i Czerskiego, za którymi tysiącami kilometrów ciągnie się cicha i pusta lasotundra. Zapalony w Jakucku silnik zgaśnie dopiero w Uriung Chai, czyli po czterech dobach nieprzerwanej pracy.

 

 

Asfalt? Zapomnij!

 

Po przeprawie przez Lenę wyjeżdżamy na federalną drogę Jakuck – Magadan. Jej lokalna nazwa: „Kołyma” jednoznacznie świadczy o kierunku naszej jazdy. Do miejscowości Ciepły Klucz, która wyznacza etap na dzisiejszy dzień, mamy około pięciuset kilometrów. Nasz kamaz pokonuje tę odległość w ciągu dziesięciu godzin, w bardzo trudnych warunkach.
– Przyglądaj się uważnie – mówi Alosza, gdy w jednej z nielicznych wiosek przejeżdżamy wyasfaltowany fragment drogi. – Przyglądaj się, później już takich rarytasów nie będzie – kontynuuje, wskazując widniejące na dalekim horyzoncie górskie pasmo.
Centralna Jakucja ma niezwykle ciekawy krajobraz, będący jednostajną, ale porażającą obszarem zasięgu mozaiką łąk, pastwisk i niewielkich lasów. Środowisko takie stwarza doskonałe warunki do hodowli bydła i koni, co obok łowiectwa jest właściwie narodową domeną Jakutów. Już pierwszego dnia można zauważyć, jak rzadko spotyka się tu wioski, jak rzadko widzi ludzi. Podczas następnych dni siedzib ludzkich nie zobaczymy prawie wcale, a jedyni spotkani ludzie to kierowcy bądź pasterze reniferów.

 

Przez Góry Momskie.

Kamaz lepszy niż renifer: w dalekiej drodze bywa też domem.

 

Pięknie i strasznie

 

Drugiego dnia podróży pokonaliśmy ponad 650 kilometrów, co zajęło nam szesnaście godzin jazdy w górach. Na tak długim odcinku w ciągu całego dnia minęło nas zaledwie kilkanaście samochodów. Etap ten, wiodący przez góry Suntar Chaja i Góry Czerskiego, należy do najniebezpieczniejszych w całej Federacji Rosyjskiej. Świadczą o tym chociażby nazwy poszczególnych odcinków, nadawane im przez kierowców – Zajęcza Pętla czy Jaskółcze Gniazdo. W wielu miejscach droga, zwężając się nieomal do szerokości ciężarówki, wręcz zawisa nad kilkudziesięciometrowym obrywem skalnym. Ale też trudno o bardziej wyrafinowane górskie landszafty aniżeli te, które można podziwiać w Suntar Chai z okna wspinającej się po skalnej półce ciężarówki. Strach miesza się tam z zachwytem, a aparat fotograficzny wciąż pozostaje w dłoni.

 

 

A drogą – rzeka

 

W Ust' Nerze, jedynej mijanej tego dnia miejscowości, zimnik biegnie już Indygirką. Federalna „Kołyma” została daleko za nami. Licząca sobie 1726 kilometrów Indygirka zamienia się w lód już w połowie grudnia. Zamarznięta równą taflą wstęga rzeki, wycięta reflektorami z mroku nocy, wygląda niczym tor wyścigowy. Pozwala rozwinąć prędkość dużo wyższą niż w górach, ale i tutaj czyhają na kierowcę pułapki. W początkach kwietnia zdarza się, że podczas słonecznych dni woda występuje i płynie po powierzchni głównego lodu. Nocą zamarza równym lustrem o niewielkiej grubości. Lód taki, podszyty stojącą wodą, z jakucka nazywa się „taryn” i jest nie do odróżnienia od prawdziwego nawet dla doświadczonego kierowcy. Jeżeli ciężarówka zarwie „taryn”, koła utkną w nim, ślizgając się po powierzchni starego lodu. Sytuację może uratować jedynie założony na koła łańcuch albo znajdująca się w pobliżu druga ciężarówka.

 

 

Przystań na bezludziu

 

Indygirką mamy do pokonania 740 kilometrów. Dokładnie o tyle stąd znajduje się Uriung Chaja.
– To chyba tyle, co przejechać przez Polskę – oblicza Alosza. Co prawda na tym odcinku rzeki jest kilka miejscowości, w tym nawet czterotysięczna Moma, ale droga przeważnie biegnie przez bezludne góry. Najpierw Góry Czerskiego, potem Momskie. Jedna z niewielu wiosek za Ust' Nerą to Ciumpu Kytyl, czyli Cichy Brzeg. Zatrzymaliśmy się w niej z Aloszą na krótki odpoczynek. Mieszka tu około dwustu osób, w większości Jakuci. Tak daleko zawędrowali ze swoimi stadami koni i krów. Ale konie hoduje się nawet w okolicach Uriung Chai, już daleko za kołem polarnym. Te nieprawdopodobnie wytrzymałe zwierzęta pasą się całą zimę na otwartej powierzchni, wydostając zmarznięty pokarm spod śniegu. Jakuckie krowy są dużo delikatniejsze aniżeli konie. Zimę spędzają pod dachem. Lecz wszelkie rekordy wytrzymałości biją renifery, od wieków hodowane w tych górach przez autochtonicznych Ewenów, jeszcze na długo przed tym, jak pojawili się tutaj Jakuci. Zwierzęta te nie boją się żadnego mrozu, zimą radzą sobie doskonale. Ślady ciągniętych przez nich sań raz po raz dają się odnaleźć na równo zasypanej śniegiem powierzchni rzeki. To myśliwi wracają z zimowych polowań.

 

 

Biała pardwa, czarny kot

 

Wyjeżdżając z Ciumpu Kytyl z nadbrzeżnych zarośli, spłoszyliśmy kilka śnieżnobiałych pardw.
– Pardwa szamani, na złe szamani – martwi się Alosza, przeczuwając nieszczęście. – Tutaj, na północy, jest jak czarny kot. Przynosi pecha!
I rzeczywiście. Po kilku minutach koła kamaza zapadają się w fałszywy lód – taryn. Maszyna buksując, stoi w miejscu, rozbryzguje dookoła lodowatą kaszę. Nie ma innego wyjścia, jak uzbroić koła w łańcuchy. Alosza, doświadczony w tej pracy, szybko daje sobie radę. Jednak nawet uzbrojone w metal opony ślizgają się na czystym lodzie. Z zapaści wyjeżdżamy dopiero wieczorem, i to z pomocą przejeżdżającej tamtędy amfibii. Nie przypadkiem Jakuci i Eweni wierzą, że spotkanie z pardwą górską to zły omen.

 

Zwierzęta muszą dawać sobie radę...

Cel podróży, Uriung Chaja.

Na środku drogi rzeki pojawił się już mały, wartki potoczek. To Indygirka budziła się po zimie.

 

Miasto widmo za kręgiem polarnym

 

Pod koniec trzeciego dnia podróży, kilka godzin jazdy za miejscowością Chonu, Alosza niespodziewanie zatrzymuje ciężarówkę na środku rzeki.
– Tędy przebiega koło podbiegunowe – informuje, pokazując widoczny na śniegu trop, który zostawiły przechodzące tędy łosie.
W pobliżu wyznaczonej przez łosie granicy strefy polarnej, przytuleni do wysokiego brzegu, spędziliśmy trzecią, ostatnią noc w kabinie. Krajobraz zmienił się zupełnie. Coraz łagodniejsze stoki gór przeszły w równinę porośniętą karłowatą brzozą, wierzbą i niewielkimi modrzewiami. To lasotundra. Taki krajobraz Jakuci nazywają „maar”.
Na jednym z ostatnich górskich przełomów rzeki zatrzymaliśmy się na dłuższy postój. Według informacji zasłyszanych w muzeum etnograficznym w Jakucku gdzieś tutaj powinien się znajdować stary kozacki gródek – Zaszywiersk. Poszukiwania nie zabierają nam zbyt wiele czasu. Wysoki prawosławny krzyż z daleka wskazuje miejsce, gdzie ponad trzysta lat temu osiedlili się na tych pustkowiach pierwsi rosyjscy koloniści. Ludzie ci, przez kilka wieków zagospodarowując tutejsze tereny, odprowadzali „futrzany” podatek do odległego Jakucka. Przetrwali niejeden najazd i powódź, niejeden pożar i głód, ale Zaszywiersk zniszczyły dwie epidemie cholery. Pod koniec XIX wieku mieszkało tam już tylko kilka osób.
Na skraju miasteczka, jakuckim zwyczajem, Alosza rzucił kilka monet pod ozdobionym wstążkami i papierosami drzewem. Miejsc takich można odnaleźć wiele w całej Jakucji. Związane są ze starym przekonaniem o tym, że każde miejsce ma swego „iczci” – gospodarza. By wiodło się i nie przydarzyło nic złego, trzeba mu coś poświęcić, podarować. Nawet wierzący prawosławni ozdabiają święte drzewa.
– To wcale nie jest zwyczaj jakucki czy eweński. Po prostu – tutejszy. Wszyscy tak robią – wyjaśnia Aleksiej.

 

 

Kup mamuta

 

Do Białej Góry pozostało już tylko kilka godzin jazdy. Po drodze, mijając eweńską wioskę Kebergene, odwiedziliśmy tamtejszy sklep spożywczy. To miejsce bardzo ważne w każdej małej wiosce. Tutaj się nie tylko kupuje, lecz także porusza i roztrząsa aktualne problemy lokalnej społeczności.
– Chcesz kupić mamuta? Niedrogo sprzedam – zagaduje mnie stojący pod sklepem mężczyzna. Zdziwiony nieco, dowiaduję się, że we wsi wielu handluje, czym się da. W tym okresie na przykład są to głównie worki pełne mrożonych jelców – niewielkich rybek, których połowem zajmują się prawie wszyscy tutejsi mężczyźni. Cały swój połów wysyłają do Jakucka przejeżdżającymi zimnikiem samochodami. Kły mamutów również są w obrocie. Ale na handel nimi trzeba mieć jednak pozwolenie. Z niedowierzaniem więc patrzyłem na mojego rozmówcę. Skąd je miał? Okazuje się, że kiedy wiosną opadają wezbrane wody Indygirki, w niektórych dopiero co podmytych miejscach kły sterczą z brzegu niczym korzenie.

 

 

U celu

 

Uriung Chaja, czyli po jakucku Biała Góra, leży na prawym, wysokim w tym miejscu brzegu Indygirki. Mieszkają tu zaledwie trzy tysiące ludzi i jest to jedna z najbardziej wysuniętych na północ miejscowości w Federacji Rosyjskiej. Osiągnęliśmy cel po trzech dniach podróży, przejechaniu 2150 kilometrów, blisko 70 godzinach spędzonych w kabinie kamaza. Minęliśmy trzy pasma górskie, dziewięć przełęczy, dziesiątki rzek i strumieni. W tym czasie spotkaliśmy tylko 69 innych samochodów, głównie ciężarówek. Aż trzy razy musieliśmy uzbrajać koła w łańcuchy, a siebie w cierpliwość, pracując w lodowatej wodzie.
Ale to nie koniec pracy. Trzeba jeszcze rozwieźć przywieziony do Białej Góry towar, odnaleźć adresatów paczek i listów. Zaniepokojeni naszym i kamaza wyglądem mieszkańcy Uriung Chai podchodzili do nas, pytając, czy wszystko w porządku, jak tam droga, czy nie widzieliśmy ich bliskich.
Był początek kwietnia. Na środku drogi rzeki pojawił się już mały, wartki potoczek. To Indygirka budziła się po zimie. Trzeba się było śpieszyć, by zdążyć nią wrócić na południe. Zanim zimnik znów się stanie rzeką.