Miesięcznik Poznaj Świat
Numer 2016-09-01

Artykuł opublikowany w numerze 09.2016 na stronie nr. 64.

Tekst i zdjęcia: Mateusz Żemła,

Dwa dni u Masuda


Droga rozwidla się w miasteczku Dżebel-ul Seradż. Główna nitka wspina się na przełęcz Salang, boczna zaś prowadzi przez żyzną dolinę ku widocznym górom. W pewnym momencie dolina ścieśnia się do kilkunastu metrów. Dostępu bronią strome zbocza i szlaban. To Dalan Sang, wrota najsłynniejszej doliny Afganistanu – Pandższeru. Strażnicy w mundurach bez dystynkcji i w charakterystycznych wełnianych beretach zwanych pakol, widząc cudzoziemca, pytają o cel wizyty.

Be mazar-e Massud (Jadę na grób Masuda). – Cóż innego może tutaj robić farangi w żółtej toyocie pełniącej rolę zbiorowej taksówki, sto kilometrów od Kabulu.
Brodata twarz byłego mudżahedina rozjaśnia się w uśmiechu. Szlaban idzie w górę. Za checkpointem skały nieco się rozstępują. Na szerszym, spokojniejszym odcinku rzeki kołyszą się drewniane figurki ptaków. Myśliwi fachowo nazywają je bałwankami. Tadżycy polują tutaj na przywabiane w ten sposób kaczki. Zdumiewa broń, jakiej używają. Staroświeckie strzelby wyglądają, jakby pamiętały jeszcze czasy wojen z Brytyjczykami. Stosunkowo nowoczesne są za to wraki czołgów T-72 rdzewiejące przy drodze. Z wielkiego portretu na zboczu góry ironicznie uśmiecha się brodata twarz. Człowiek, którego podwładni zniszczyli te czołgi, jest najważniejszą osobą w dolinie, mimo że nie żyje od 15 lat. To legendarny przywódca afgańskich mudżahedinów, postrach Armii Czerwonej i talibów, Ahmad Szah Masud, zwany Lwem Pandższeru.

Dostępny PDF
W wersji PDF artykuł jest wyświetlany dokładnie tak jak został wydrukowany. Czytaj w PDF

 

ŚLADY NA PIASKU

W 15 lat po śmierci Masuda portrety z jego podobizną wciąż znajdują się niemal wszędzie.

W DOLINIE RZEKI PANDŻSZER

Nazwa rzeki, w dosłownym tłumaczeniu Pięć Lwów. Nawiązuje ona do legendarnych pięciu braci, przywódców lokalnych społeczności, którzy niegdyś byli strażnikami tej doliny.

MYDŁO, POWIDŁO I FLINTA

Sklepikarz prezentuje swój asortyment. Nikt tu nie pyta o pozwolenie na broń.


 

ŚMIERĆ KOMENDANTA


Masud przełamywał rozpowszechniany przez Sowietów wizerunek nieokrzesanego mudżahedina. Był wychowankiem Esteglal – elitarnego kabulskiego liceum. Mówił po francusku, studiował architekturę. To powikłana historia ojczystego kraju zmusiła go do obrania drogi partyzanta. W rodzimej dolinie stworzył własne, niemalże niepodległe państwo mudżahedinów. Szurawi, jak Afgańczycy nazywali rosyjskich żołnierzy, przeprowadzili kilkanaście nieudanych szturmów na Pandższer. Owszem, wchodzili do doliny, ale Masud zawsze zdążył wcześniej ewakuować mieszkańców, a Sowieci zastawali puste domy. Lew Pandższeru zginął 9 września 2001 r., dwa dni przed atakiem na WTC. Masud – gorliwy muzułmanin – sprzeciwiał się porządkom ustanawianym w Afganistanie przez talibów i Al-Ka’idę, więc musiał umrzeć. Chodzą słuchy, że wykonawcami wyroku byli ludzie z Molenbeek – osławionej dzielnicy Brukseli, wylęgarni terrorystów. Zamachowcy podawali się za dziennikarzy, których Masud chętnie przyjmował. Był legendą wśród korespondentów wojennych zajmujących się Afganistanem. Każdy zabiegał o spotkanie z nim, choćby miał na nie czekać tygodniami. Medialna sława okrutnie się zemściła.
Masud stał się mitem założycielskim nowego państwa, powstałego po amerykańskiej interwencji i upadku rządu talibów. Plakaty z jego podobizną zawisły od Heratu po Kabul. Na miejscu skromnego mazaru, stojącego na wzgórzu nieopodal rodzinnej wsi komendanta, wybudowano olbrzymi, upamiętniający go kompleks. Tutaj 9 września jest obchodzone uroczyście święto narodowe – Dzień Masuda. Oficjalny kult nie wszystkim mieszkańcom kraju się podoba. Narzekają tradycyjnie niechętni Tadżykom Pasztuni z Południa i Hazarowie z doliny Bamianu, których z rąk podwładnych Lwa spotykały różne przykrości. Jednak tu, w Pendższerze, ma on status niemal półboga. Zapewne obwołano by go świętym, gdyby w islamie istniała taka możliwość.
 

HERBATKA ROZWIĄZUJE JĘZYKI


Maleńki kyszłak (pasterska osada) Bazarak leży akurat pomiędzy mauzoleum komendanta a jego rodzinnym domem. Stąd pochodziła jego żona. Lokalizacja idealna. Dodajmy, że mieści się tu też skromna czajchana (herbaciarnia), w której można zjeść i zasięgnąć języka.
W zasadzie w każdym kraju obcy wchodzący do lokalnego baru staje się obiektem mniej lub bardziej życzliwego zainteresowania. Zanim zdążę dostać herbatę, brodaci starcy wypytują mnie o wszystko. „Skąd? Po co? Czy ma żonę? Dzieci? W Boga wierzy?”. Cóż, w dari, zbliżonym do perskiego, znam kilkadziesiąt słów, ale wystarczą, by wyjaśnić cel wizyty. Afgańczycy są z reguły przyjaznymi i gościnnymi ludźmi (o ile nie są fundamentalistami), ale wyznanie, że przyjeżdża się na grób Lwa Pandższeru, przełamuje wszelkie lody. Po chwili do czajchany wchodzi młody chłopak ubrany po zachodniemu i dwóch mężczyzn w mundurach. Obcy w dolinie, trzeba sprawdzić, kto to. Dawni mudżahedini skutecznie pilnują bezpieczeństwa w Pandższerze. Dolina jest oazą spokoju we wciąż niespokojnym kraju. Po zadaniu zasadniczych pytań żołnierze wychodzą, zostaje Masud. Pracujący w Kabulu dla sił ISAF (Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa) dwudziestoparolatek w dżinsach i T-shircie ma imię po słynnym komendancie. Podejrzewam, że podobnie jak wielu mężczyzn urodzonych tu w latach 80. i 90. Chwilę rozmawiamy w czajchanie, po czym pada propozycja: – Chodź, zawiozę cię pod dom komendanta.
Wraz z drugim chłopakiem, którego Masud przedstawia jako swojego kuzyna, wsiadamy do nowiutkiej terenówki, jakże innej od samochodów na co dzień spotykanych na afgańskich drogach, i ruszamy w górę doliny. Uciekłszy spod czujnego oka wioskowej starszyzny, Masud wyraźnie się ożywia.
– Gdybym wiedział, że w dolinie jest jakiś gość, przywiózłbym butelkę wódki z Kabulu. Ale nie martw się, pojedziemy do człowieka, który robi najlepszy haszysz w całym Pandższerze – chłopak wyraźnie ma ochotę na, jakby to powiedzieli jego polscy rówieśnicy, melanż. Nic dziwnego. Jest czwartek, a więc muzułmański weekend. Gdy dla przyzwoitości protestuję, mówiąc, że już robi się ciemno, a ja w zasadzie nie mam gdzie spać, tylko się śmieje.
– W domu moich rodziców jest wystarczająco dużo miejsca. Don’t worry! Pandższerczycy nie zostawiają gościa.
Dobrze, myślę. Nocna wycieczka w afgańskie góry z naćpanym kierowcą może skończyć się dwojako. Wpadniemy samochodem do jakiegoś rowu czy przepaści albo wrócę i będę miał o czym kiedyś wnukom opowiadać.

 

;">

 

PLAC ZABAW

Te zabawki wyprodukowano w ZSRR.

WILLA MASUDA

Komendant mawiał, że jego życiem jest „islam i wojna”. Komfortowy dom nieco zaburza ten wizerunek.


 

MACH NA CHECKPOINCIE


Masud jest w swoim żywiole. Jedną ręką prowadzi, drugą pokazuje mi album fotograficzny w swojej komórce (zdjęcia Lwa Pandższeru mieszają się z półnagimi kobietami i sportowymi samochodami) i przechwala się w kwestii erotyczno-alkoholowych ekscesów na urlopie w Dubaju, by po chwili z poważną miną wskazać jakiś odległy punkt w ciemniejącej dolinie i opowiedzieć o jego przeznaczeniu w latach wojny. („O, patrz, tam było lądowisko śmigłowców, a tu obok mieliśmy więzienie dla talibów”). Zamiast pod dom komendanta podjeżdżamy jednak pod niewielki domek, z którego wychodzi dziarski siwobrody staruszek tytułowany przez chłopców babą (dosłownie „ojciec”, ale też starszy, szanowany mężczyzna). Wsiada do samochodu, z kieszeni szaty wyjmuje produkty lokalnego rolnictwa i ruszamy na dalszy objazd doliny już w dużo weselszej atmosferze. Gdy pytam Masuda o legalność miękkich narkotyków w Pandższerze, tylko się śmieje. – Widzisz, to jest tak. Komendant Masud bardzo zwalczał uprawę maku. Nie handlował opium jak inni dowódcy. Czaras (konopie indyjskie) jednak tolerował. Do dziś ludzie mają po kilka krzaków na własne potrzeby.
O poziomie tolerancji przekonuję się wkrótce. Wypełniony dymem samochód zatrzymuje się przed wyrosłym z ciemnej nocy checkpointem. Wartownik odbiera skręta z ręki Masuda, zaciąga się, opuszcza przeciągnięty między dwiema beczkami łańcuch, oddaje skręta i jedziemy dalej.
 

PANDŻSZER RZĄDZI


Słucham tłumaczonych na angielski opowieści baby o wojnie z Sowietami i zaczynam zapominać, że z dopiero co poznanymi lokalsami jadę przez kraj uważany na Zachodzie za wylęgarnię terrorystów. Zresztą, jaki kraj? To przecież nie Kabul czy nękane przez talibów pasztuńskie Południe. This is Panjshir!
Jak obiecał, Masud przenocował mnie w gościnnej izbie i nakarmił, ale nazajutrz miał obowiązki rodzinne. Czekało mnie zwiedzanie na własną rękę.
Dara-ye Panjš?r (Dolina Pięciu Lwów) uważana jest za jedno z najpiękniejszych miejsc w Afganistanie, a konkurencja jest spora. Szeroka na 2–3 km, długa na niemal 100 km, głęboka górska dolina ciągnie się od płaskowyżu Szomali do graniczącej z regionem Badachszan przełęczy Anjoman. Otaczające góry porasta roślinność, na której mogą się wyżywić co najwyżej kozy i owce, ale dno doliny szczelnie wypełniają nawadniane wodą z rzeki poletka, ogródki i morwowe sady. Sielanka? Owszem, ale w Pandższerze co rusz napotyka się ślady wojny. Dzieci bawiące się na wraku czołgu, wiszący mostek z podwozia łazika, drzwi do stodoły obite pancerną blachą pomalowaną w panterkę. Ot, afgańska specyfika. Ludzie serdeczni i brak im typowej dla niektórych turystycznych krajów Wschodu nachalności i służalczości. Zobaczą cudzoziemca i pozdrowią, spytają skąd, ale nie ciągną od razu do sklepu z dywanami, który posiada ich szwagier. (Co prawda, gdzie w Pandższerze sklep z dywanami?). Sklepikarz do zapłaconej puszki coli i papierosów dorzuci torbę suszonej morwy i niemal obrazi się, gdy zaproponujemy zapłatę za owoce.
Na tle innych części kraju dolina prezentuje się dostatnio. Warto jednak pamiętać, że stąd wywodzi się wielu rządzących Afganistanem. Dawni partyzanci, którzy w listopadzie 2001 r. wraz z Amerykanami wkroczyli do opuszczonego przez talibów Kabulu, zajęli się polityką. Zmarły kilka lat temu na „atak serca” Mohammad Kasim Fahim był marszałkiem i ministrem obrony, natomiast najbliższy przyjaciel i tłumacz Ahmada Szaha Masuda, doktor Abdullah Abdullah, ma stanowisko chief executive i jest drugą osobą w państwie po pasztuńskim prezydencie Aszrafie Ghanim.
Udało mi się zobaczyć posiadłość Lwa Pandższeru. Okazały, nowoczesny dom stoi zamknięty na głucho (wdowa po Masudzie i ich dzieci żyją w Iranie), ale można zwiedzić nieźle utrzymany ogród z basenem. Całość kłóci się z ascetycznym wizerunkiem komendanta. Nowe mauzoleum na wzgórzu w zakolu rzeki dopiero powstawało. Na placu budowy, obok maszyn, stały wraki czołgów. Niczym zdobyte na wrogach chorągwie, zatknięte na grobie poległego wodza.
Zaczynało zmierzchać, gdy postanowiłem wracać do Kabulu. Kierowca nieodmiennie żółtych savari (zbiorczej, długodystansowej taksówki) wyraźnie spieszył się do stolicy. Na przednią szybę przykleił zdjęcie Ahmada Szaha Masuda. Po dwóch godzinach byliśmy już na kabulskim „dworcu” Serai Shomali.